rozważania o świcie

Piąta rano to piękna pora. Świat jest jeszcze taki dziewiczy, nietknięty gwarem i hałasem miejskiego życia. Uwielbiam spacery o tej porze. Sierpień sie kończy i noce należą już do jesieni, która zaczyna toczyć z latem piękną i kolorową wojnę. Ostre powietrze, rosa, wilgotne po nocy drzewa i cudowny blask słońca sprawiają, że świat wygląda jak najpiękniejszy diament. Otulona ciepłym szalem chłonę takie obrazy i zatrzymuję je w sercu na długo. Uwielbiam takimi spacerami witać nowy dzień. Uwielbiam patrząc prosto w słońce porządkować swoje serce, szykując je na nowy dzień. Dzisiaj rano nie znalazłam w sobie niczego poza szczęściem. Bo tęsknota i konieczność krótkiego rozstania z kimś kochanym to również szczęście. Jak okropnie byłoby nie mieć za kim tęsknić, kogo kochać. Jak okropnie byłoby żyć w świadomości, że nikt za mną nie zatęskni, niezależnie od tego czy wyjadę do godzinkę do Włoch pod Warszawą, czy też na tygodniową włóczęgę po włoskich Dolomitach. A ja mam tych osób całkiem sporo. Jest też kilka osób, które już od kilku dni cieszą się, że będę w Szczecinie. Długo przekładane spotkanie z Beatą, potem Marek i dziewczyny, może też i Grażka. Wizyta u mojej chrzestnej, tak bardzo chorej, że być może będzie ostatnia okazja na rozmowę… To wszystko sprawia, że jestem szczęśliwa. I jestem spokojna o siebie i swoje życie. Ludzie często myślą, że szczęście musi uśmiechać się od ucha do ucha, a to przecież nie tak. Szczęście jest schowane w naszej codzienności. Tą, która kiedyś była dla nas oczywistym jego źródłem, a teraz, niestety, już jej nie zauważamy. A ona nadal jest powodem do szczęścia. Zakochujemy się, kochamy, budujemy dom i tak bardzo się tym cieszymy… ale po paru latach nie zostaje w nas często nic z tej radości. Nie dlatego, że przestaliśmy kochać, że dom nam się rozpadł… ale dlatego, że pozwoliliśmy sobie na przyzwyczajenie się do szczęścia. I zrobiliśmy to tak doskonale, że przestaliśmy je dostrzegać!!! I często niestety właśnie przez to coraz bardziej się od niego i od siebie oddalamy, dom zaś staje się klatką, która coraz bardziej nas ogranicza. To tak, ja ze zdrowiem. Kto wstając rano cieszy się, że jest zdrowy i dziękuje za to życiu z całego serca?! Ale, gdy coś zacznie w nas szwankować … o tak, wtedy bycie zdrowym wydaje się najpiękniejszą rzeczą na świecie. My ludzie mamy jedną okropną wadę… rzadko kiedy cenimy to, co właśnie mamy. O wiele częściej skupiamy się na zdobywaniu tego, co jeszcze nie nasze i tęsknieniu za tym, co w naturalny sposób pozostawiliśmy za sobą. I myślę tu zarówno o duchowych jak i o materialnych rzeczach. To tak trochę ja z archeologią. To co teraźniejsze jest bezwartościowe, to co straciliśmy wydaje nam się bezcenne. Ja od zawsze, odkąd sięgam pamięcią miałam to poczucie, że życie jest cudowne i jest darem specjalnie dla mnie. Jednak za zrozumienie, jak cudowne jest takie myślenie, musiałam zapłacić ogromną cenę. Ja wiem, jakie to ważne. A wy? Czy nadal potraficie cieszyć się np. szumem swoje zmywarki, bo dzięki niej możecie z kubkiem pysznej kawy usiąść w fotelu z dobrą książką w dłoni, zamiast stać przy zlewie i pracować. Czy cieszą was takie prozaiczne rzeczy? Głupie pytanie? Nie, nie głupie. To właśnie dzięki takim „drobiazgom” nasze życie od samego rana ma powód do uśmiechu od ucha do ucha. A jeśli życie się do nas od rana śmieje, to i my śmiejemy się do niego, do ludzi… do tych chwil, które przed nami. I łatwiej dać sobie radę z tym, co trudne, problematyczne. Czy po kilku latach związku nadal wstajecie z radosną myślą: kocham, jestem kochana… jakie to cudowne!? Czy nadal wzrusza was ten człowiek śpiący spokojnie tuż obok? Czy to wzruszenie zamienia się w delikatny uśmiech na twarzy i poczucie, że wszystko jest dobrze, dopóki on jest obok? A może już tego nie zauważamy? Może, gdy trzeba wstawać nasze myśli krążą jedynie wokół tego, co trzeba zrobić przed wyjściem i jakie obowiązki czekają na nas w pracy. Myjemy się, jemy, ubieramy, robimy się na mniejsze lub większe bóstwo i ruszamy w drogę do pracy. Przelotny całus, kilka zamienionych zdań o tym, co pilne i o czym nie można absolutnie zapomnieć… Nie ma czasu na myślenie o cudowności tego, że ten człowiek obok nas, to ten którego nadal kocham, jeszcze bardziej kocham i który kocha mnie równie mocno… ? Nie ma czasu, bo rano jest go tak niewiele??? To może warto nastawić budzik 10 minut wcześniej i poleżeć sobie te ukradzione nocy minuty z zamkniętymi jeszcze oczyma, ale otwartym sercem, aby ogarnąć, jakimi szczęściarzami jesteśmy. I bardzo szybko odkryjemy, że nawet jeśli akurat mamy w życiu pod górkę z tego czy innego powodu, to o dziwo, jesteśmy nadal szczęśliwi. Problemy wcale nie wykluczają bycia szczęśliwym. Trzeba tylko umieć w sobie, a nie w tym, co nas spotyka, odnaleźć jego źródło. Oto cała tajemnica tego, że rano jestem szczęśliwa. I nie umiem, po prostu nie umiem znaleźć żadnego powodu do zmartwienia.
Warto wstać wcześnie rano i uporządkować myśli…
Ja tak robię, nawet jak zaśpię (co nieczęsto się zdarza, bo mój budzik dzwoni zawsze 20 minut przed czasem) to rezygnuję ze śniadania, bo je mogę zjeść w pracy. Nigdy jednak nie rezygnuję z podejścia do okna, popatrzenia na budzący się dzień, na zachwyt delikatnością słońca lub brajlem deszczu na szybach… to napełnia mnie takim prostym poczuciem szczęścia, spokojem i niecierpliwością, aby już dorwać się do tego dnia i nacieszyć się nim, nakarmić. Gdy jeszcze akurat mam wolny dzień i mogę usiąść przy rozjaśnionym lub zapłakanym oknie z kubkiem dobrej herbaty to… czego trzeba mi więcej, aby dotknąć nieba? Mam przed sobą nowy dzień… sprawy, które muszę pozałatwiać i najcudowniejszą rzecz… świadomość, że z resztą czasu mogę zrobić co zechcę! Zwykle mam wiele opcji i ciągle się tą różnorodnością cieszę.
Gdy patrzę na swoich bliskich, swoich znajomych, przyjaciół to czasami bardzo żałuję, że nie wszyscy potrafią zatrzymać się w tym biegu, który podjęli najpierw dobrowolnie i dla własnej przyjemności, a teraz biegną ze strachu, że gdy zwolnią lub się zatrzymają to życie im ucieknie i już go nie dogonią.
Ja nie lubię biegać! I może w tym tkwi cała siła i moja moc?
Tak więc siedzę sobie dzisiaj w pociągu, Głoduś siedzi na półce obok darmowej kawy i patrzy na mnie, a pyszczek mu się śmieje! Włodek jest coraz dalej z każdym chwilą, a przecież jest tak bliziutko, tuż obok całym jego kochanym sercem. Nie lubię się z nim rozstawać na tak długo. Nie lubię tracić z oczu jego roziskrzonych, kochających oczu. Nie lubię wysuwać się z jego ramion ze świadomością, że nieprędko znowu się w nie wtulę. Ale przecież cała jego miłość jest ze mną. Codziennie rano budzę się z tą cudowną myślą, że ukradniemy z naszego kolejnego dnia jak najwięcej dla siebie, że damy sobie to, co możemy najlepszego. Wszystko zamyka się właśnie w tej cudownej świadomości, że cokolwiek przyniesie dzień, poradzimy sobie z tym i będziemy czerpali pełną garścią z naszej jedności, bliskości, czułości… i tak, również z naszego pożądania, z naszego wiecznego niezaspokojenia. Wkrótce minie nam kolejny rok, gdy jesteśmy razem… to już tyle lat! Lat trudnych, pełnych zmian, walki, szukania rozwiązań, upadania i wstawania. Dzięki jego mądrości, jego wierności i pewności jego uczucia dałam radę rozwinąć skrzydła i odszukać w życiu to, co najważniejsze. Gdy patrzę na niego czuję ogromną wdzięczność do losu, że obdarował mnie takim właśnie człowiekiem. Mądrym, wyrozumiałym, ale i wymagającym, choć szanującym moją wolność. Człowiekiem pięknym i ciekawym a zarazem bardzo zwyczajnym. Kocham w nim pasję życia i ciekawość świata i ludzi. Nigdy nie nasycę się rozmową z nim. Niezależnie od tego ile mamy na nią czasu, nigdy nie mamy go wystarczająco wiele, by nie zostało już nic do powiedzenia. Temat przechodzi w temat, pytanie rodzi pytanie… i tak bez końca.
Kocham go, po prostu i aż. Tak zwyczajnie, na każdy dzień i na każdą pogodę. Świadomość, że rano usłyszę jego głos, sprawia, że wszystko staje się takie proste i takie cudowne. Przesadzam… nie! Tak po prostu jest i z roku na rok jest lepie! I z roku na rok, coraz bardziej i mądrzej kochamy i coraz bliżej nam do siebie nie tylko ciałem, ale duszą, myślą i pragnieniem. I o to właśnie w życiu chodzi. Zamierzałam napisać, że o taką miłość warto prosić los czy też Boga. Jednak to nie tak… o taką miłość należy prosić siebie samego. Przecież to my, choć dostajemy tę miłość od drugiej osoby w prezencie, za darmo, mamy moc ją uskrzydlić albo upodlić. Wybór zawsze należy do nas. Tu nie ma czego zwalać na innych. My kreujemy naszą miłość a tym samym nasze szczęście. Warto o tym pamiętać patrząc wieczorem w lustro. Warto się zapytać, co zrobiliśmy z tym dniem… Ranki są pełne nadziei, wieczory mogą wszystko… Nad nocą nie mamy żadnej władzy, ona zamienia dzisiaj we wczoraj…

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.