Zielono mi i niebiesko… i tęskno!

Jak opisać te dwa ostatnie dni… zielono mi i niebiesko! Kilkukrotnie chciałam już jechać na anomalia, ale zawsze coś stawało na drodze. Teraz jednak nie było mowy o wykrętach, bo miały się one odbyć w moim rodzinnym mieście. Przy okazji odwiedzę rodziców i zobaczę na czym to wszystko polega. Team wspaniały, z liderem Romiszcze na czele. Częstochowa, Bytom, Lublin, Katowice, Warszawa, Chorzów… piekielna mieszanka. Nie będę opisywała szczegółów gry i zaciętej walki…, ale jedno jest pewne, kogo tam nie było niech żałuje. Tam się dopiero czuje siłę i rozmach i piękno tej gry. Ingress – taki malutki zarazek, który raz dotknięty za cholerę nie chce odczepić się od ciebie. Jak masz doła poczeka spokojnie a potem znowu wyciągnie cię na spacer i do ludzi. Mieliśmy jedno z piękniejszych miejsc – tuż u stóp Zamku Książąt Pomorskich. Broniliśmy pomnika i wieży, a potem kolejnych trzech portali, a potem biegaliśmy za tymi bonusowymi, które pojawiały się znienacka.. no prawie, jakieś tam przecieki do nas docierały, troszkę logiki i szybkie ustalenie strategii. My biegaliśmy za portalami a za nami biegali niebiescy. Kto pierwszy ten lepszy… obronić portal było dużo łatwiej niż go przejąć. I tylko co chwila komendy: axa, deploy, tarcze, strzelamy…. Każdy wiedział od czego ma w tej grupie swoje dwa paluszki (ja miałam cztery – bo Głoduś wisiał na smyczy i dzielnie wspierał nasz team. A przy tym wszystkim dużo śmiechu, zabawy, żartów… zielono, niebiesko… wspólnota. Tak, wspólnota. Nie sposób zapamiętać wszystkich twarzy, imion i Nicków. Anka (SzalonaAnA), Maciek (Usagi91), Magda (ChilliKitty), Tomek (TensorNishruu),Grzesiek (Dziformaktu)… to szczególna piątka, z którą do późna buszowaliśmy po nocnym już Szczecinie w poszukiwaniu Dżwigozaurów… Tak chciałoby się zatrzymać tych ludzi na dłużej. Tak fajnie byłoby móc z nimi szaleć dalej, bez ograniczeń. I właśnie dlatego wiem, że będę jeździła częściej. Jeśli tylko kasa pozwoli, będę tam, na następnych anomaliach i na kolejnych… Ania zaprosiła mnie do nich, do Katowic… jest tam kilka misji, które muszę zrobić… i to koniecznie.
I wszędzie te tłumy naszych… i tych z biało czerwoną duszą i tych zza najbliższych granic… bez znaczenia. Nikt się nie mijał bez uśmiechu, pozdrowienia, pytania o to jaką mozaikę robimy. Miasto było nasze. Polskie Radio Szczecin, TVP regionalna… pełno nas było wszędzie. Najfajniejsza była reakcja ludzi… zagadywali zaciekawieni. Przy Placu Grunwaldzkim zatrzymali się przy mnie rowerzyści i jeden z panów, cokolwiek wesolutkich zapytał: – ale o co chodzi, skąd wyście się wzięli? Odpowiedziałam mu ze śmiechem, że z zieloności totalnej i pobiegłam dalej. Knajpki, restauracje…. taki prozaiczny gest jak udostępnienie WC, jak spokojna chwila odpoczynku przy stoliku bez zamawiania w zamian za opowieść o tym, co my tu właściwie robimy w takiej masie i czemu latamy w taki upał jak zakręceni. Fajne miałam te moje pierwsze imieniny!
Szkoda tylko, że te najpiękniejsze życzenia dotarły do mnie tylko przez telefon. To, czego życzyłabym sobie w ten dzień to twoje kochanie ramiona do wtulenia. Ale za chwilkę się w nich schowam, caluteńka, jak zawsze. I opowiem ci to wszystko, czego nie da się przelać na papier, co ukryte gdzieś tam, między wierszami… Tęsknię, ale przecież takie króciutkie rozstania są każdemu z nas potrzebne. Warto za sobą zatęsknić… tak jak o tym napisałeś i mówiłeś. Cudownie jest słyszeć w słuchawce głos pełen tęsknoty i wiedzieć, że na nasz powrót do domu ktoś czeka aż tak bardzo i tak niecierpliwie.
To były bardzo dobre dni… piękne, zakręcone i owocne…

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.