Szemkel…

Gdy usiądę z Szemkelem na łące
popatrzymy z góry na ciebie
„Jakim cudem on nie był z tobą?”
– spyta Anioł… Odpowiem: Nie wiem!!!

Może taka karma niewdzięczna
Może taka mi rola jest dana
By przygarniać ludzi do serca
I odchodzić – wciąż swoja i sama

Może to moje skrzydła
Zbyt szerokie, zbyt białe, puchate
Może zzbyt wysoka poprzeczka
Może szczęście za bardzo kudłate

Żyłam prosto: łzami i śmiechem
Żyłam pełnią: brałam zawsze wszystko
Więc czemu, Zielony Aniele,
Nie bardzo to życie mi wyszło???

Czy w niebie też muszę tęsknić
by móc znów wtulić go w siebie
Moje niebo przeciez jest przy nim
Ja wiem – szpenął Szemkel.. on tego nie wie!!!

Tuż za rogiem…

Gdy jesień przemaluje jeziora i góry
W serca niech nam sypnie złotem i zadumą
Tak łatwo zapomnieć, że pora już odejść
Od tego co było, od tego co znane

Czas poszukać siebie, blisko… tuż za rogiem
Czas usiąść przy oknie, lecz po drugiej stronie
Zgubić wątpliwości, dotknąć starych pytań
Przewietrzyć szuflady zakurzonych planów

Gdy zima nadejdzie malowana mrozem
W serca niech nam sypnie bielą i szczerością
Tak łatwo zapomnieć, że ciepło jest wtedy
Gdy serce otulamy szalem cichych wzruszeń

Gdy wiosna nieśmiało obudzi motyle
W serca niech nam sypnie nadzieją i wiarą
Tak łatwo zapomnieć, że kwiaty zakwitną
Jeżeli naszych pragnień posadzimy ziarno

Gdy lato zagości szumem wiatru w zbożu
W serca niech nam sypnie trochę ciekawości
Tak łatwo zapomnieć, że goniąc marzenia
Znajdziemy swoje jutro, pełniejszym od wczoraj

Ponoć…

Czasem mi w duszy tęskno jakoś, mgliście
(Ponoć poetom wtedy rosną skrzydła)
A mi się Ciszą po duszy rozlało
I tak mi jakoś dziwnie czegoś mało!

Tyle tu twarzy tańczy w korowodzie
(Ponoć malarzom wtedy rosną skrzydła)
Oczy pełne spokoju choć tak rozbawione
I dłonie…tak serdecznie wyciągnięte dłonie!

Tyle uśmiechów dźwięczy gdzieś za uchem
(Ponoć muzykom wtedy rosną skrzydła)
Słowa tak serdeczne jak nuty w piosence
Życie grane nie solo lecz na cztery ręce!

Jak kot w ich słońcu wygrzewam swą duszę
(i bolą mnie na plecach znów rosnące skrzydła)
Nie ważne jaki czas: miesiąc, dzień, godzina
Cisza nic nie kończy, a wszystko zaczyna!

W liczbie mnogiej

Zgubiona na szlaku gdzieś pomiędzy myślami
Ubrana kolorami lasów i połonin
Wędruję ciągle dalej, poza zakręt wzroku
W plecaku niosę siebie i ciebie i świat
Włosy płoną mi w słońcu roześmianych twarzy
Gaszę pragnienie duszy ciszą i wolnością
Słucham w drodze słów wielu,
Chowam wszystkie w pamięci
Pewna, że każde szczere
Wiatrem nie podszyte
A gdy wieczór zapada i stawia pytania
Budzi skryte pragnienia,
przepytuje z wiary
Obok siebie mam serca,
Ww liczbie mnogiej się piszę
Więc choć smutek gdzieś krąży
We mnie domu nie znajdzie

Zakochaj …

Zakochaj we mnie nagość
Tak dawno to było
Zakochaj me zwątpienie
Zakochaj krzywdy ranę
Zakochaj we mnie strach
Przed jutrem i przed wczoraj
Prosiłam wiele razy
Zakochaj to… ty byłeś
Zakochaj mą samotność
Sobotnią i niedzielną
Zakochaj czas przeżyty
tak nie do końca naj…
Zakochaj łzę samotną
drugą – towarzyską
Płynęła obok twojej
I smutkiem i radością
To wszystko przeszło przez nas
To w nas też pozostało
Prośba wciąż taka sama
Choć przecież całkiem inna
Zakochaj me pragnienie
Wciąż tak nienasycone
Zakochaj czułość wielką
Przeczutą przed doznaniem
Zakochaj myśli krnąbrne
Co snują się natychmiast
Gdy tylko głowa wraca
Z tej karuzeli wzruszeń
Zakochaj to czekanie
Zupełnie niemożliwe
Czas biegnie tylko wtedy
Gdy ciało tuli duszę
Zakochaj mnie po prostu
W dziś zamień każde jutro
Niech wszystko będzie teraz
W tym naszym zakochaniu

Powroty

Jak powitać miłość dawno niewidzianą
Dawno nie obecną na mej mapie wzruszeń
Jak czekać na dotyk znowu taki pierwszy
Jakby innych miliony nigdy się nie działy
Jak nadgonić słowa niewypowiedziane
Z których każde chce być tym ważnym, najpierwszym
Jak rozbudzić naraz wszystkie czułe miejsca
Pragnienie tak stęsknione zamknąć w pocałunku
Jak radość odszukać w makijażu smutku
Uwierzyć, że czas znowu dogonił normalność
Serce wtulić w serce, oczom oddać oczy
Dłonie ubrać w dłonie i już tylko być!

Niesamotność…

To nie takie proste zakochać się w tobie
Powiesić swoje teraz do góry nogami
Nie czekać a tęsknić
Nie wiedzieć a przeczuć
Nie ufać a mieć wiarę
Miłość zawsze się pisze od ostatniej kropki

Więc po prostu bądź
Więc po prostu patrz
Więc po prostu czuj
Z jednej chwili wzruszeń
Utkaj całe życie
Czułością jak bandażem
Otul każdą ranę

To nie takie proste starzeć się przy tobie
Siwe włosy widzieć zawsze kruczoczarno
Dotknąć dłonią zmarszczki
Poczuć skóry gładkość
W każdym dniu od nowa
Namalować jutro zanurzone w tęczy

Więc po prostu bądź
Więc po prostu patrz
Więc po prostu czuj
Z każdego wspomnienia
Zbuduj niesamotność
Radością tak jak szalem
Otul pożegnanie

oswoić Kaktusa

Zastanawiające, jak życie nieustannie nas czegoś uczy.
Mówi się, że uczenie się tego, co się kocha jest samą przyjemnością. Właściwie się z tym zgadzam, ale uważam, że warto wspomnieć o jednym wyjątku. Uczenie się kochanego człowieka nie zawsze jest przyjemnością. Jest jednak koniecznością i warunkiem tego, by miłość była żywa i ciągle dorastała. Nie wystarczy bowiem poczuć, że się kogoś kocha i już. Nie wystarczy patrzeć w oczy i trzymać się za ręce. Nie wystarczy przeżywać uniesienia i wzloty. Nie wystarczy. To tylko ta pierwsza faza miłości. Druga ukrywa się w przegadanych do świtu nocach, przeżywaniu tych samych wydarzeń i dzieleniu się nimi, w ciepłym kocu i herbacie, gdy choroba stanęła u drzwi. Schowana jest w codziennej, delikatnej trosce, w stawianiu kolejnych kroków, w pokazywaniu celu i dopingowaniu w drodze do niego. W wierze, że oto obok nas żyje drugi zwykły, przeciętny człowiek, który dla nas jest zupełnie niezwykły i po prostu nieprzeciętny i najcenniejszy. W tym pragnieniu, by był obok nas nieustannie i w wolności, którą mimo tego mu się daje. Nie jest to proste i często bolesne, ale bez tego nie możemy powiedzieć, że naprawdę kochamy.
Z człowiekiem jest trochę tak, jak z kaktusem. Każdy z nas jest inny, ale nie ma ludzi bez cierni. Po prostu nie ma. Jesteśmy jak prezenty, zapakowane mniej lub bardziej elegancko i ciekawie. Można się nami cieszyć, można głaskać opakowanie, ale jeśli chcemy w końcu cieszyć sie samym prezentem to musimy go odpakować. Zajrzeć do środka. Zachwycić się zawartością… czyli ślicznym kaktusem. Najczęściej jest kwitnący, zadziwia, zachwyca. Jednak po jakimś czasie przyzwyczajamy się do jego widoku i obecności na naszym parapecie życia. Potem kwiat zaczyna się starzeć, więdnie i kaktus jest już mniej piękny i zachwycający. Ot… zbieranina cierni. Jeśli wtedy nie sięgniemy po informację, jakie ma potrzeby, wymagania, tajemnice… będzie taki już na zawsze. Będzie w nim moc zakwitnięcia, będzie obietnica zachwytu, ale ukryta głęboko w jego wnętrzu. Więc decydując sie na miłość, podpisujemy zgodę na nieustanne kursy doszkalające. Będą organizowane bardzo często… czasami zbyt często, jak na naszą wytrzymałość i pojemność. Jeśli jednak opuścimy choć jeden, niełatwo będzie nadrobić straconą lekcję. Jeśli nie będziemy się do tej nauki przykładać sercem niewiele zrozumiemy. Zdobycie tej wiedzy wymaga bowiem zaangażowania i cierpliwości. Jak długo? Cóż… dopóki kaktus się nie zestarzeje i nie odejdzie w krainę dobrych wspomnień.
Tak, człowiek ma swoje ciernie. Każdy. Każdy jest kaktusem, bez wyjątku! Każdy kiedyś rozkwita, ale nie każdy ma szansę powtórzyć kwitnienie.
Dlatego tak ważne jest uczyć się kochanej osoby codziennie od nowa. Gdy grzeje nas ciepłem lub ziębi lodem, uczyć sie go bez względu na wszystko.
Dlaczego?
Dlatego, że wtedy my sami zakwitamy! Ucząc się drugiej osoby dajemy jej szansę na bycie pięknym człowiekiem. Dlatego, ze sami sobie wtedy dajemy taką samą szansę, bo z tej nauki rodzi się w nas wyrozumiałość, wolność, tkliwość, pewnośc uczuć, stałość i oddania. Dlatego, że ucząc się kochanej osoby, dajemy jej szansę poznania prawdy o nas.
Cóż z tego, ze to czasem boli… Skoro kochamy to boli. Miłośc nie przestaje być piękna i cenna wtedy, gdy rani i kłuje. Wręcz odwrotnie.
Przytulamy wszak kaktusa i musimy być świadomi, że bardziej lub mniej boleśniej poczujemy na sobie jego ciernie. Powinniśmy być tego świadomi i nie mieć wtedy pretensji ani do kaktusa, ani do losu.
Trzeba ufać, że warto. Więcej.. trzeba być o tym głęboko przekonanym.
Pewnego dnia okaże się, że potrafimy przesadzić kaktusa i się nie pokłuć.
I wtedy nasza miłość osiągnie ten trzeci etap…stanie się nietykalna!

Nie przebaczę…

Śmiechu, który pragnie tak pięknie się śmiać
Nie przebaczę
Radości, która chce malować nam twarz
Nie przebaczę
Wędrówki naszych nóg prosto w stronę słońca
Nie przebaczę
Snów, które nie wyśnią się nam aż do końca
Nie przebaczę
Piękna, które zostanie tylko w sercu i w głowie
Nie przebaczę
Nocy przespanych znowu nie przy sobie
Nie przebaczę
Zwątpienia w jutro, co nadejść przecież i tak musi
Nie przebaczę
Bylejakości, która znów tak kusi
Nie przebaczę
Zwątpienia, strachu, żalu za tym co odchodzi
Nie przebaczę
Tej samotności, co w sercu się rodzi
Nie przebaczę
Życie jest przecież ciągle dla nas i przed nami
Uda się nam wszystko… skoro tak kochamy.

Zachłanność…

Sięgając po wymarzone,
już chcemy czegoś więcej
Nie ważne, czy to cukierek
Czy żywe ludzkie serce
Stawiając krok na wierzchołku
Myślimy o wyższej górze
Nie cieszą nas już stokrotki
Bo zapachniały nam róże
Niebo niebieści nam oczy
trosk jakby mniej trochę było
A my szukamy szczęścia
Tam gdzie nas jeszcze nie było
Myślimy, że to co najlepsze
Ciągle jest jeszcze przed nami
Więc goniąc to jutro lepsze
Dzisiaj depczemy butami
Innym jest zawsze łatwiej
Innym się życie układa
Dla nas jest ciągle pod górę
Dla nich to wieczna zabawa
A przecież słońce tak samo
Zagląda nam wszystkim w oczy
A gdy się schowa za chmury
Deszcz jednakowo nas moczy
Więc może czas by dorosnąć
I spojrzeć na siebie z boku
Swe życie uszyć na miarę
Zaprosić do niego spokój
Wszak zegar czas odmierza
Dla wszystkich jednakowo
i każdy dzień jest okazją
by stwarzać świat swój na nowo
I właśnie tej prostej prawdy
Trzymajmy się pazurami
Za nasze szczęście i życie
Odpowiadamy sami

Magdzia… mam nadzieję, że odpowiedziałam tymi rymami na twoje pytanie i podsumowałam nasze rozważania… oceń sama!

Modlitwa dla….

Nie klękam przed tobą, nie pochylam głowy
A jednak gadam z tobą znowu całkiem szczerze.
Serce mam mocno rozumem podszyte
i wiesz najlepiej, że w ciebie nie wierzę.
To moje życie trochę do poprawki,
Sypnij więc obficiej rozwagą, spokojem.
Poodnajduj klocki, które pogubiłem
Bym poczuł, że to życie naprawdę jest moje.
Bym wziął się do galopu, ruszył z miejsca skałę,
Bym zakamarki serca przed zimą przewietrzył.
Bym nie marnował żadnej szpakowatej chwili
Bym nie był tym ostatnim, ale znowu pierwszym.
Daj siłę i cierpliwość do siebie samego
I kopnij czasem w to najczulsze miejsce,
bym boleśnie odczuł, że tak być nie może
Kiedy mi się znowu totalnie nic nie chce.
I zostaw mi tę miłość, która odnalazłem
Tę, co przy mnie stoi dniem i nocą ciemną.
To o nią błagałem cię kiedyś pod drzewem
I w końcu nadeszła, i w końcu jest ze mną.
Pozwól mi się cieszyć jej ciepłem i ciszą.
Pozwól mi zakończyć tę życia dwoistość.
Obraz z pod mych powiek niech ciałem się stanie,
A pamięć dotyku zamień w rzeczywistość.

Przeplataniec

Jeszcze nie wyszedłeś, a już tęsknię sobie
/Jesień barw paletą przeobraża liście /
Dzisiaj wciąż się dzieje – ja jutro mam w głowie
/Wilgotno jest, mokro, mgliście i srebrzyście/

Zwariowane serce nie chce cicho siedzieć
/Kłębią się bure chmury, krople noszą w sobie/
O wszystkim co czuje chce ci opowiedzieć
/Komu, jak nie jesieni, o smutkach opowiem/

To, co takie ważne, że na baczność stoi
/Mówi, że się martwię, smucę niepotrzebnie/
I to, co się śmiechu ludzkiego nie boi
/Wszystkie barwy szczęścia ukryte są we mnie/

Cóż, to moje serce zielono ma w głowie
/Wszystko mi się złoci, wszystko wzwyż mnie niesie/
I równiutko stuka puka jednie przy tobie
/Takie czary we mnie znów wyprawia jesień/

Jesiennie…

Rano, jak zwykle nie mogłam spać.
Poszłam na spacer, zwabiła mnie mgła. Było tak pięknie, spokojnie i nierealnie…
Napisałam wiersz siedząc w lesie na kamieniu…
Garść myśli snujących się we mnie na podobieństwo tej mgły
I tak sobie pomyślałam, że mam za co być wdzięczna życiu i sobie.
Wdzięczna za to, że od tamtej mgły, w której zanurzałam się przed laty nie zostało nic. Zupełnie nic!
Jesień przyszła – i jest taka kolorowa!!!!

Białe nitki mgły się snują bladym switem
Tak ulotne, jak wspomnienia naszych wzruszeń
Troszkę mokre, troszkę chłodne, niepokorne
Niezależne od niczego poza czasem
Romantyczność znowu rankiem zawładnęła
Wchodzę w mgłę niewidkę, cała jestem ciszą
Dłoń wyciągam, chwytam nitkę i nawijam
Swoje życie, swoje niebo, swoje piekło
Plotę potem, splot za splotem, życia kilim
Taki trochę niecodzienny, pełen ciepła
Taki mądry tym co było, ufny jutrem
Wielobarwny, wieloznaczny, wyjątkowy.
Ludzie mówią: „mgła i plucha – jesień przyszła”
Ludzie boją się przymrozków, zimna lodu
A ja widzę czerwień serca, zieleń wiary
A ja czuję ciepło ognia, spokój wody.
Tak, ja lubię, gdy deszcz pada już od rana
Gdy po szybie kropla goni inne krople
Staję w oknie uśmiechnięta i szczęśliwa
Tyle słońca jest w mym deszczu… więc nie zmoknę!

Ślimak

Schowam się do skorupy
Rogi splotę w warkocz
Ser jest zdecydowanie przereklamowany!
Może wolno się snują wszystkie moje chcenia,
Może stopy wciąż w miejscu i niezmiennie suche,
Lecz moje myśli stoją tam… na drugim brzegu
Stąpam po marzeniach, wspinam się po snach
Coś ciągle we mnie rośnie, takie niedostępne.
Czas puścić wolno wszystkie złudzeń baloniki,
rzucić w końcu wszystko, co takie niezbędne,
Zetrzeć z oczu łzę żalu, plastrem skleić serce.
Odwrócić się do siebie, przebić się przez mgłę…
Wyrosnąć ponad życie dla mnie napisane.

Zielono mi i niebiesko… i tęskno!

Jak opisać te dwa ostatnie dni… zielono mi i niebiesko! Kilkukrotnie chciałam już jechać na anomalia, ale zawsze coś stawało na drodze. Teraz jednak nie było mowy o wykrętach, bo miały się one odbyć w moim rodzinnym mieście. Przy okazji odwiedzę rodziców i zobaczę na czym to wszystko polega. Team wspaniały, z liderem Romiszcze na czele. Częstochowa, Bytom, Lublin, Katowice, Warszawa, Chorzów… piekielna mieszanka. Nie będę opisywała szczegółów gry i zaciętej walki…, ale jedno jest pewne, kogo tam nie było niech żałuje. Tam się dopiero czuje siłę i rozmach i piękno tej gry. Ingress – taki malutki zarazek, który raz dotknięty za cholerę nie chce odczepić się od ciebie. Jak masz doła poczeka spokojnie a potem znowu wyciągnie cię na spacer i do ludzi. Mieliśmy jedno z piękniejszych miejsc – tuż u stóp Zamku Książąt Pomorskich. Broniliśmy pomnika i wieży, a potem kolejnych trzech portali, a potem biegaliśmy za tymi bonusowymi, które pojawiały się znienacka.. no prawie, jakieś tam przecieki do nas docierały, troszkę logiki i szybkie ustalenie strategii. My biegaliśmy za portalami a za nami biegali niebiescy. Kto pierwszy ten lepszy… obronić portal było dużo łatwiej niż go przejąć. I tylko co chwila komendy: axa, deploy, tarcze, strzelamy…. Każdy wiedział od czego ma w tej grupie swoje dwa paluszki (ja miałam cztery – bo Głoduś wisiał na smyczy i dzielnie wspierał nasz team. A przy tym wszystkim dużo śmiechu, zabawy, żartów… zielono, niebiesko… wspólnota. Tak, wspólnota. Nie sposób zapamiętać wszystkich twarzy, imion i Nicków. Anka (SzalonaAnA), Maciek (Usagi91), Magda (ChilliKitty), Tomek (TensorNishruu),Grzesiek (Dziformaktu)… to szczególna piątka, z którą do późna buszowaliśmy po nocnym już Szczecinie w poszukiwaniu Dżwigozaurów… Tak chciałoby się zatrzymać tych ludzi na dłużej. Tak fajnie byłoby móc z nimi szaleć dalej, bez ograniczeń. I właśnie dlatego wiem, że będę jeździła częściej. Jeśli tylko kasa pozwoli, będę tam, na następnych anomaliach i na kolejnych… Ania zaprosiła mnie do nich, do Katowic… jest tam kilka misji, które muszę zrobić… i to koniecznie.
I wszędzie te tłumy naszych… i tych z biało czerwoną duszą i tych zza najbliższych granic… bez znaczenia. Nikt się nie mijał bez uśmiechu, pozdrowienia, pytania o to jaką mozaikę robimy. Miasto było nasze. Polskie Radio Szczecin, TVP regionalna… pełno nas było wszędzie. Najfajniejsza była reakcja ludzi… zagadywali zaciekawieni. Przy Placu Grunwaldzkim zatrzymali się przy mnie rowerzyści i jeden z panów, cokolwiek wesolutkich zapytał: – ale o co chodzi, skąd wyście się wzięli? Odpowiedziałam mu ze śmiechem, że z zieloności totalnej i pobiegłam dalej. Knajpki, restauracje…. taki prozaiczny gest jak udostępnienie WC, jak spokojna chwila odpoczynku przy stoliku bez zamawiania w zamian za opowieść o tym, co my tu właściwie robimy w takiej masie i czemu latamy w taki upał jak zakręceni. Fajne miałam te moje pierwsze imieniny!
Szkoda tylko, że te najpiękniejsze życzenia dotarły do mnie tylko przez telefon. To, czego życzyłabym sobie w ten dzień to twoje kochanie ramiona do wtulenia. Ale za chwilkę się w nich schowam, caluteńka, jak zawsze. I opowiem ci to wszystko, czego nie da się przelać na papier, co ukryte gdzieś tam, między wierszami… Tęsknię, ale przecież takie króciutkie rozstania są każdemu z nas potrzebne. Warto za sobą zatęsknić… tak jak o tym napisałeś i mówiłeś. Cudownie jest słyszeć w słuchawce głos pełen tęsknoty i wiedzieć, że na nasz powrót do domu ktoś czeka aż tak bardzo i tak niecierpliwie.
To były bardzo dobre dni… piękne, zakręcone i owocne…

Poranek

Słońce ledwo jedno otworzyło oko
i świat mi zapłonął leciutką jesienią
Diamentami rosy pomalował trawę
Na drzewach zawiesił delikatne cienie
Powietrze jeszcze pełne chłodu nocy,
Ulice nadal wtulone są w ciszę
Promień słońca spadł na moją głowę
Na nosie mi piegi rozświetlił i uśmiech
Szpilki zastukały na pustej ulicy
Obudziły echo pomiędzy domami
Gawron na latarni wyprostował skrzydła
Przeciągnął się z lekka, poszybował w górę
Idąc prosto w słońce porządkuję myśli
Niesforne upycham, by nie rozrabiały
Radosnym pozwalam rozgościć się w sercu
Ciekawskim otwieram okienko na świat
Taka letniojesienna wchodzę w dzisiejszość
Sny prześnione tak pięknie zbieram do szuflady
Kartkę czystą szykuję na zwyczajne szczęście
Zapiszę je jak zawsze zieloną nadzieją

… jak w piosence!

Każdy ma swoją Bracką, na której deszcz pada
Skaczę po kałużach, cóż – jestem szalona
Tyle słońca w całym mieście, tylko popatrz
Chodzą ulicami ludzie i ja… rozmarzona

Sny w naszym mieście ponoć najpiękniejsze
Budzikom, zegarom więc śmierć do południa
Autobusy nie czerwienią a złotem migają,
Lecz na rynku jak zawsze Rebeka i studnia

Małe mieszkanko gdzieś na Mariensztacie
A może jednak Żoliborz, bo tonie w zieleni
Podzielimy wszystko pół na pół, uczciwie
I będziemy tacy w słońce zapatrzeni

Więc chodź, pomaluj mój świat
Niech jesień bez ciebie nie przyjdzie w tym roku
Ludziom dajmy najlepsze, a wtedy i nam
Pastorałka biała ześle święty spokój

… nie zapomnisz!

Chodź ze mną na spacer
O brzasku poranka, o księżyca blasku
I nie martw się… zapomnisz
Całuj mnie namiętnie i czule
Na dzień dobry całuj i na noc bezsenną
I nie martw się… zapomnisz
Wtulaj się we mnie spokojnie
Ciesz się ciepłem i ciszą moich ramion
I nie martw się… zapomnisz
Ale nie tańcz ze mną kwadrans po północy
Nie zawiruj w walcu, tangiem nie zapragnij,
Nie poczuj mego rytmu i mego oddechu
Ale nie kochaj mnie gorąco w zapomnieniu
Nie smakuj mego ciała, nie wchłaniaj zapachu
Nie syć się mym jękiem, wygięciem, rozkoszą
Bo choćbyś nawet odszedł daleko, najdalej
Bo choćbyś nie obejrzał się już nigdy wstecz
Moje ciało i taniec będą w tobie zawsze
I martw się… bo nie zapomnisz!

Wystarczy

Wystarczy znaleźć swój wiatr
Na chwilę stanąć w miejscu i rozłożyć skrzydła
Zaufać jego sile i uwolnić myśli
Poddać się wyzwaniu i sięgnąć przed siebie

Wystarczy znaleźć swój deszcz
Na chwilę stanąć w miejscu i nadstawić dłonie
Napełnić je kroplami nienazwanych pragnień
Zaczerpnąć z niego moc ożywiania ziarna

Wystarczy znaleźć swój czas
Na chwilę stanąć w miejscu i zatoczyć koło
Wszystko się zaczyna tam, gdzie się skończyło
I wiara i miłość i ufność i blask

Wystarczy tylko zacząć wreszcie szukać
Na chwilę tylko stanąć, nie na wieczność całą
Nie czekać więc, nie liczyć, zrobić krok przed siebie
Wyrzucić w kąt obawy i wznieść się nad siebie

Muzyką jestem..

Muzyką wiatru na wantach jestem
Bzyczeniem pszczoły w pełnym miodu ulu
Trzepotem skrzydeł motylich nad łąką
Szeptem strumienia w skalistym wąwozie
Wszystko mi gra w duszy – i kamień i drzewo
Muzyką pełną słońca podszytą mam skórę
Biegnę przez to życie pięciolinią wzruszeń
Bukiet ozdobników układam w wazonie
Więc jeśli pragniesz zasypiać tuż przy mnie
Złap sercem oddech miasta, jego szum i rytmy
Na partyturze zapisz codzienne zdarzenia
Kochaj tylko dur a płacz tylko w moll
Pocałunek niech będzie jak klucz wiolinowy
Od niego przecież wszystko się zaczęło
W tamtym takcie życie zatańczyło walca
Więc wpisałam pauzę i niech trwa na zawsze

Wodo moja…

Dotknęłam ciebie lecz dłonie pozostały puste
Tylko mokre oczy i usta zdziwione
Rzeko moja, głęboka jak błyszczące oczy
Wodo moja, szeroka jak radosny uśmiech
Wczepiona w twój nurt płynę coraz głębiej
Życie mija szybko, jutro goni wczoraj
Przepływam przez skały, spienione zmartwieniem
I zwalniam na mieliznach rozjaśnionych słońcem
Gdzie koniec mojej drogi, dokąd rzeko zmierzam?
Dokąd mnie prowadzisz zadziorna i dzika?
I co na mnie czeka gdy w końcu dopłynę?
Nie wiem, nie chcę wiedzieć, przeczuwam odpowiedź
Szczęście tak jak rzeka rozleje się morzem

ściana

Stoję przed przed ścianą obojętności
Jest wodo i termo odporna
Nie tykają jej łzy samotne
ani serce gorące
Nie kruszy jej troska serdeczna
nie rozwala żadna dobra myśl
I tylko dwa wyjścia
zawrócić z poobijanym sercem
obejść i iść dalej z obolałą głową
… a deszcz za oknem pada ciągle tak samo

Najpiękniej…

Kocham Cię… wyciągam do ciebie rękę
Kochasz mnie… zanurzasz dłoń w moich włosach
Pragnę Cię… rysuję palcem na twoim ciele
Pragniesz mnie… dotykasz delikatnie mojej twarzy
Wołam cię… wyginam ciało, by zniknęło w tobie
Przychodzisz do mnie… koło się zamyka i toczy najpiękniej

Koncentrat

Skoncentrowałam się chyba cokolwiek za bardzo
Zakręciłam sercem tworząc cuda-wianki
Zagubiłam twą drogę, byś nową odnalazł
Pokazałam słońce odbite w kałuży
Czas zagubił wskazówki i stanął jak wryty
Tego jeszcze nie widział, choć stary jak świat
Więc nie pytaj mnie „jak” i nie pytaj „czemu”
Wszystko we mnie ukryte… i piekło i raj!

Fontanna

Jestem fontanną, do której wrzuciłeś swój grosik.
Nie ten złoty, błyszczący jak słońce w południe,
Lecz ten wdowi, miedziany, ostatni, bezcenny
…I spełniłam marzenie stare jak twój świat.
To dlatego wracasz nigdy nie odchodząc.
Pragniesz, chociaż wypełniam całą twoją pustkę.
Ciągle tęsknisz, choć jestem twoją codziennością.
I stajesz się sobą w milczeniu rozkoszy.

Jedna chwila

Usta spuchnięte od twych pocałunków…
Tego trzeba było by wznieść się nad czasem!
On już jest niegroźny, bo pustki nie niesie
Wszystko takie samo a przecież jak nowe
Dłonie takie ciężkie od dotyku ciała
Oczy pełne oczu i pełne zdziwienia
Jedna chwila, a wszytko w niej właśnie zamknięte
ty i ja, i czas i miłość i szczęście

Gotowa na grom

Burza przyszła nieproszona
Pochyliła moje niebo
Zatrzęsła moją ziemią
Potargała moje gałęzie
Rozpłakała moje myśli
Zagrzmiało…
Ale ja już nie taka
Ale ja już wyrosłam
Przyginam się do ziemi piorunem
I wstaję ku niebu tęczą
A gdy nadejdzie kolejna burza
Jestem jeszcze silniejsza
Jeszcze bardziej giętka
I gotowa na grom