Urodziny

Jest taki jeden dzień, od innych troszkę inny
Dzień, w którym serce bije jakby trochę szybciej
I błękit nieba zawsze przebija się przez chmury
By zostać w twoich oczach na ten kolejny rok

To twoje urodziny,
Niech życzą się życzenia
To twoje urodziny
Niech marzą się marzenia

Jest taki jeden dzień, od innych troszkę inny
Dzień, w którym twoi bliscy są jakby trochę bliżej
I dobre myśli, słowa fruwają jak motyle
By w sercu zasiać radość na ten kolejny rok

Jest taki jeden dzień, od innych troszkę inny
Dzień, w którym dobra wokół jest jakby trochę więcej
I los przyjaciół wiernych, sprawdzonych niech ci daje
By pozostali z tobą na zawsze, nie na rok

Dla Joasi…

 

urodziny

Cudnie…

Słowo cieniem położyło się na ustach
Oczy zapatrzone wypełniła pewność
Jutro nie jest białe, jutro nie jest puste
Jutro to przecież nasza kolejna codzienność

Tak niełatwo pogodzić życie z zamyśleniem
Tak nieprosto uwierzyć, że prosto najtrudniej
Sięgnąć w siebie, odnaleźć siłę i nadzieję
Patrzeć wciąż poprzez tęczę, bo wtedy jest cudnie

Tak łatwo zapomnieć, że promienie słońca
Nad każdą drogą świecą równie jasno
A wszystkie sny serdeczne wyśnią się do końca
Choć głowa pełna marzeń nie pozwala zasnąć

Nieważne gdzie dziś idę i gdzie dojdę jutro
Czego dzisiaj pragnę i co schwytam w dłonie
Na szczęście nigdy nie będzie zbyt późno
Każdy dzień to przecież początek nie koniec

Dzień pluszowego Misia…

No i co… i nadszedł!!! 25 listopada.. Dzień Pluszowego Misia uczcić trzeba :) Każdy powód jest dobry, aby się uśmiechnąć!

MIŚ
Kawałek futerka i oczy i nos
I łapki puszyste i brzuszek jak trzeba
Miś, misio, pluszaczek, przytulak jedyny
Maskotka wypchana odrobiną nieba
Uszko ciut klapnięte i zmrużone oko
Główkę ma lekko jakby pochyloną
Paszcza sympatyczna i łapki króciutkie
I minę ma taką śmiesznie zadziwioną
Ktoś mi go przyniósł, ktoś tak bardzo bliski
Świat mi się wtedy rozpadł ostatecznie
A to kudłate parę deko futra
Mówiło, że teraz, tutaj jest bezpiecznie
Ten mały okruszek pełen dobrych życzeń
Szeptał mi bajki ciepłe na dobranoc
Pilnował mych snów, przeganiał koszmary
Wtulona w jego futro budziłam się rano
Nosiłam go w kieszeni, nosiłam w plecaku
Rower mu niestraszny i pływa kajakiem
I wszędzie mnie pilnuje i zgody nie daje
By moje życie było byle jakie
Tam, w jego środku, wszystko jest ukryte
Miłość i radość, nadzieja i siła
Wszystkie marzenia i plany na jutro
I mapa, abym nigdy w drodze nie błądziła
Tam, w jego środku, jest przyjaźń i miłość
Troska serdeczna i dłoń wciąż gotowa
Pomóc, podtrzymać, nie pytać, zrozumieć
I są serdeczne, pełne wiary słowa.

DSC_2470

oczekiwanie pachnące cynamonem

Tak sobie myślę… za miesiąc zacznę dekorować swój dom na Święta. Nie wyobrażam sobie swoich 4 kątów bez przytulaśnych bałwanków, delikatnie skrzącej się kolorami tęczy choinki, dekoracji, bibelotów, pieknie udekorowanego stolu. Domu po prostu w święta nie może się obyć bez zapachu cynamonu i blasku świec!!!. I trochę mi smutno, że (jak co roku do czterech lat) spędzę te święta w ciszy i zamyśleniu, spiewając kolęde na jeden tylko głos. Cóż, Szczecin jak na mój stan zdrowia troszkę zbyt daleko… Dzieciaki pojadą na święta do ojca i całej rodziny.. a mi zostanie serdeczna i cieplutka zaduma. Jeśli spadnie śnieg przejdę się na spacer swoją ulicą i będę dobrze życzyła i cichutko mamrotała pod nosem zaklęcia, aby wszystkie życzenia, które mijam zamieniły się w codzienność i zalśniły szczerozłoto w ludzkich sercach. I będę się cieszyła, że jestem wolna i spokojna… To będzie dobry czas, niezaleznie od tego, co przyniesie ze sobą w worku. W każdym wypadku będzie to początek…. czego?! Nie wiem, ale wiem, że moje życie jest piękne niezależnie od tego co przynosi. A ponieważ ja jestem cała jesienna to cóż.. najczęściej przynosi wszystkiego po trochu: trochę słoty i trochę babiego lata. I tak jest dobrze! Uwielbiam ten ostatni miesiąc oczekiwania na ten magiczny czas życzliwości i dobroci

Tuż za rogiem…

Gdy jesień przemaluje jeziora i góry
W serca niech nam sypnie złotem i zadumą
Tak łatwo zapomnieć, że pora już odejść
Od tego co było, od tego co znane

Czas poszukać siebie, blisko… tuż za rogiem
Czas usiąść przy oknie, lecz po drugiej stronie
Zgubić wątpliwości, dotknąć starych pytań
Przewietrzyć szuflady zakurzonych planów

Gdy zima nadejdzie malowana mrozem
W serca niech nam sypnie bielą i szczerością
Tak łatwo zapomnieć, że ciepło jest wtedy
Gdy serce otulamy szalem cichych wzruszeń

Gdy wiosna nieśmiało obudzi motyle
W serca niech nam sypnie nadzieją i wiarą
Tak łatwo zapomnieć, że kwiaty zakwitną
Jeżeli naszych pragnień posadzimy ziarno

Gdy lato zagości szumem wiatru w zbożu
W serca niech nam sypnie trochę ciekawości
Tak łatwo zapomnieć, że goniąc marzenia
Znajdziemy swoje jutro, pełniejszym od wczoraj

oswoić Kaktusa

Zastanawiające, jak życie nieustannie nas czegoś uczy.
Mówi się, że uczenie się tego, co się kocha jest samą przyjemnością. Właściwie się z tym zgadzam, ale uważam, że warto wspomnieć o jednym wyjątku. Uczenie się kochanego człowieka nie zawsze jest przyjemnością. Jest jednak koniecznością i warunkiem tego, by miłość była żywa i ciągle dorastała. Nie wystarczy bowiem poczuć, że się kogoś kocha i już. Nie wystarczy patrzeć w oczy i trzymać się za ręce. Nie wystarczy przeżywać uniesienia i wzloty. Nie wystarczy. To tylko ta pierwsza faza miłości. Druga ukrywa się w przegadanych do świtu nocach, przeżywaniu tych samych wydarzeń i dzieleniu się nimi, w ciepłym kocu i herbacie, gdy choroba stanęła u drzwi. Schowana jest w codziennej, delikatnej trosce, w stawianiu kolejnych kroków, w pokazywaniu celu i dopingowaniu w drodze do niego. W wierze, że oto obok nas żyje drugi zwykły, przeciętny człowiek, który dla nas jest zupełnie niezwykły i po prostu nieprzeciętny i najcenniejszy. W tym pragnieniu, by był obok nas nieustannie i w wolności, którą mimo tego mu się daje. Nie jest to proste i często bolesne, ale bez tego nie możemy powiedzieć, że naprawdę kochamy.
Z człowiekiem jest trochę tak, jak z kaktusem. Każdy z nas jest inny, ale nie ma ludzi bez cierni. Po prostu nie ma. Jesteśmy jak prezenty, zapakowane mniej lub bardziej elegancko i ciekawie. Można się nami cieszyć, można głaskać opakowanie, ale jeśli chcemy w końcu cieszyć sie samym prezentem to musimy go odpakować. Zajrzeć do środka. Zachwycić się zawartością… czyli ślicznym kaktusem. Najczęściej jest kwitnący, zadziwia, zachwyca. Jednak po jakimś czasie przyzwyczajamy się do jego widoku i obecności na naszym parapecie życia. Potem kwiat zaczyna się starzeć, więdnie i kaktus jest już mniej piękny i zachwycający. Ot… zbieranina cierni. Jeśli wtedy nie sięgniemy po informację, jakie ma potrzeby, wymagania, tajemnice… będzie taki już na zawsze. Będzie w nim moc zakwitnięcia, będzie obietnica zachwytu, ale ukryta głęboko w jego wnętrzu. Więc decydując sie na miłość, podpisujemy zgodę na nieustanne kursy doszkalające. Będą organizowane bardzo często… czasami zbyt często, jak na naszą wytrzymałość i pojemność. Jeśli jednak opuścimy choć jeden, niełatwo będzie nadrobić straconą lekcję. Jeśli nie będziemy się do tej nauki przykładać sercem niewiele zrozumiemy. Zdobycie tej wiedzy wymaga bowiem zaangażowania i cierpliwości. Jak długo? Cóż… dopóki kaktus się nie zestarzeje i nie odejdzie w krainę dobrych wspomnień.
Tak, człowiek ma swoje ciernie. Każdy. Każdy jest kaktusem, bez wyjątku! Każdy kiedyś rozkwita, ale nie każdy ma szansę powtórzyć kwitnienie.
Dlatego tak ważne jest uczyć się kochanej osoby codziennie od nowa. Gdy grzeje nas ciepłem lub ziębi lodem, uczyć sie go bez względu na wszystko.
Dlaczego?
Dlatego, że wtedy my sami zakwitamy! Ucząc się drugiej osoby dajemy jej szansę na bycie pięknym człowiekiem. Dlatego, ze sami sobie wtedy dajemy taką samą szansę, bo z tej nauki rodzi się w nas wyrozumiałość, wolność, tkliwość, pewnośc uczuć, stałość i oddania. Dlatego, że ucząc się kochanej osoby, dajemy jej szansę poznania prawdy o nas.
Cóż z tego, ze to czasem boli… Skoro kochamy to boli. Miłośc nie przestaje być piękna i cenna wtedy, gdy rani i kłuje. Wręcz odwrotnie.
Przytulamy wszak kaktusa i musimy być świadomi, że bardziej lub mniej boleśniej poczujemy na sobie jego ciernie. Powinniśmy być tego świadomi i nie mieć wtedy pretensji ani do kaktusa, ani do losu.
Trzeba ufać, że warto. Więcej.. trzeba być o tym głęboko przekonanym.
Pewnego dnia okaże się, że potrafimy przesadzić kaktusa i się nie pokłuć.
I wtedy nasza miłość osiągnie ten trzeci etap…stanie się nietykalna!

Zielono mi i niebiesko… i tęskno!

Jak opisać te dwa ostatnie dni… zielono mi i niebiesko! Kilkukrotnie chciałam już jechać na anomalia, ale zawsze coś stawało na drodze. Teraz jednak nie było mowy o wykrętach, bo miały się one odbyć w moim rodzinnym mieście. Przy okazji odwiedzę rodziców i zobaczę na czym to wszystko polega. Team wspaniały, z liderem Romiszcze na czele. Częstochowa, Bytom, Lublin, Katowice, Warszawa, Chorzów… piekielna mieszanka. Nie będę opisywała szczegółów gry i zaciętej walki…, ale jedno jest pewne, kogo tam nie było niech żałuje. Tam się dopiero czuje siłę i rozmach i piękno tej gry. Ingress – taki malutki zarazek, który raz dotknięty za cholerę nie chce odczepić się od ciebie. Jak masz doła poczeka spokojnie a potem znowu wyciągnie cię na spacer i do ludzi. Mieliśmy jedno z piękniejszych miejsc – tuż u stóp Zamku Książąt Pomorskich. Broniliśmy pomnika i wieży, a potem kolejnych trzech portali, a potem biegaliśmy za tymi bonusowymi, które pojawiały się znienacka.. no prawie, jakieś tam przecieki do nas docierały, troszkę logiki i szybkie ustalenie strategii. My biegaliśmy za portalami a za nami biegali niebiescy. Kto pierwszy ten lepszy… obronić portal było dużo łatwiej niż go przejąć. I tylko co chwila komendy: axa, deploy, tarcze, strzelamy…. Każdy wiedział od czego ma w tej grupie swoje dwa paluszki (ja miałam cztery – bo Głoduś wisiał na smyczy i dzielnie wspierał nasz team. A przy tym wszystkim dużo śmiechu, zabawy, żartów… zielono, niebiesko… wspólnota. Tak, wspólnota. Nie sposób zapamiętać wszystkich twarzy, imion i Nicków. Anka (SzalonaAnA), Maciek (Usagi91), Magda (ChilliKitty), Tomek (TensorNishruu),Grzesiek (Dziformaktu)… to szczególna piątka, z którą do późna buszowaliśmy po nocnym już Szczecinie w poszukiwaniu Dżwigozaurów… Tak chciałoby się zatrzymać tych ludzi na dłużej. Tak fajnie byłoby móc z nimi szaleć dalej, bez ograniczeń. I właśnie dlatego wiem, że będę jeździła częściej. Jeśli tylko kasa pozwoli, będę tam, na następnych anomaliach i na kolejnych… Ania zaprosiła mnie do nich, do Katowic… jest tam kilka misji, które muszę zrobić… i to koniecznie.
I wszędzie te tłumy naszych… i tych z biało czerwoną duszą i tych zza najbliższych granic… bez znaczenia. Nikt się nie mijał bez uśmiechu, pozdrowienia, pytania o to jaką mozaikę robimy. Miasto było nasze. Polskie Radio Szczecin, TVP regionalna… pełno nas było wszędzie. Najfajniejsza była reakcja ludzi… zagadywali zaciekawieni. Przy Placu Grunwaldzkim zatrzymali się przy mnie rowerzyści i jeden z panów, cokolwiek wesolutkich zapytał: – ale o co chodzi, skąd wyście się wzięli? Odpowiedziałam mu ze śmiechem, że z zieloności totalnej i pobiegłam dalej. Knajpki, restauracje…. taki prozaiczny gest jak udostępnienie WC, jak spokojna chwila odpoczynku przy stoliku bez zamawiania w zamian za opowieść o tym, co my tu właściwie robimy w takiej masie i czemu latamy w taki upał jak zakręceni. Fajne miałam te moje pierwsze imieniny!
Szkoda tylko, że te najpiękniejsze życzenia dotarły do mnie tylko przez telefon. To, czego życzyłabym sobie w ten dzień to twoje kochanie ramiona do wtulenia. Ale za chwilkę się w nich schowam, caluteńka, jak zawsze. I opowiem ci to wszystko, czego nie da się przelać na papier, co ukryte gdzieś tam, między wierszami… Tęsknię, ale przecież takie króciutkie rozstania są każdemu z nas potrzebne. Warto za sobą zatęsknić… tak jak o tym napisałeś i mówiłeś. Cudownie jest słyszeć w słuchawce głos pełen tęsknoty i wiedzieć, że na nasz powrót do domu ktoś czeka aż tak bardzo i tak niecierpliwie.
To były bardzo dobre dni… piękne, zakręcone i owocne…

Zatęsknić za swoim uśmiechem…

- „Chciałbym uśmiechać się tak pięknie jak pani, ale pani zeszła z nieba, a dla mnie tylko piach, tylko śmierć dookoła…” – powiedział mi przed chwilą na przystanku pewien bezdomny. Choroba zabrała mu uśmiech, groteskowo wykrzywiła nos, sparaliżowała policzek.
- „Widzi pani, ja jestem dobry człowiek. Ja lubię pomagać. Chciałem pomóc kilku osobom, ale mi się nie udało. Wszyscy umarli. Pani jest piękną kobietą. Niech pani mi powie: zeszła pani z nieba? Jest pani Aniołem. Ze mną nikt nie chce rozmawiać, a pani ze mną rozmawia! Ja nie mogę się uśmiechać, wie pani. Mam sparaliżowany policzek. A pani się tak pięknie śmieje. A ja… odkąd się nie śmieję wszyscy moi przyjaciele umierają. Mikołaj, moja dziewczyna Iwonka.. i drugi Mikołaj… niech to sie w końcu skończy! Ciągle czuję jego, Mateusza, ostatni oddech. Umierał mi na kolanach… Niech to się skończy, proszę pani, bo trudno wytrzymać. Pali pani, nie?… to dobrze. A pani ze mną rozmawia, pani musi być z nieba!”

Co tu dużo mówić: padał deszcz, a ja stałam w śroku kałuży i cieszyłam się ciepłym, nocnym oddechem lata. W ustach miałam smak morwy, która rośnie nieopodal mojego biurowca. Czego mi brakowało do szczęścia! Niczego. I nagle ten człowiek, który w odróżnieniu ode mnie nie wracał do domu, sprawił, że moje poczucie radości się ustokrotniło. Może nie mam kasy, nie mam własnego domu, też jestem praktycznie bezdomna, ale mam dwie zdrowe (prawie) ręce, mam dwie zdrowe (prawie) nogi, kupę inteligencji w nienajbrzydszej głowie więc… mam powód do uśmiechu.
I tak sobie pomyślałam… jaki to mądry człowiek.
Gdy wsiadałam do tramwaju i życzyłam mu dobrej nocy uśmiechnął się do mnie oczyma i pomachał ręką. Żegnały mnie jego ciepłe słowa… – „Do widzenia, niech pani na siebie uważa wracając do domu. Jest już późno.”
Odjechałam a On został na przystanku. Będzie pewnie siedział nadal w tym samym miejscu, w którym go zastałam. Tramwaje przyjeżdżają i odjeżdżają, a on siedzi, bo tu wiata i nie pada.
Biedny, bezdomny człowiek a tak wiele mi dał. Zawsze wiedziałam, że jestem szczęściarą, ale teraz uświadomiłam sobie, to mocniej niż kiedykolwiek. I chcę, abyście nie przeszli nad tym tekstem obojętnie.
Nie kochani, nie tym razem…
To, o czym tu piszę jest bardzo ważne dla każdego człowieka.
Pewnie nigdy nie dowiecie się, jak to jest być bezdomnym. Nigdy nie dowiecie się, jak to jest zatęsknić za swoim uśmiechem. Nigdy nie dowiecie się być może, jak to jest, gdy ktoś ważny i kochany odchodzi w jednej chwili, a wy nie możecie nic zrobić. Obyście się nigdy nie dowiedzieli. Ale właśnie ta niewiedza nakłada na was niejako obowiązek radości. Obowiązek cieszenia się z tego, co macie. Bo teraz życie nas rozpieszcza, ale jak długo?!
Dlatego też napiszę wam dokładnie to, co moim znajomym na FB: Moi kochani znajomi.. gdy jutro rano wstaniecie z łóżka pomyślcie, że wy nadal możecie się uśmiechać! I pomyslcie o głębokiej prawdzie, którą wyraził ten człowiek: bez naszego uśmiechu nasi przyjaciele umierają… więc do roboty!
Uśmiechnijcie się za mojego bezdomnego, a może też i do niego w tej czy innej postaci.
On miał na imię Luca!

Monogamista

Mówisz, że zmienisz moje życie.
Ale najpierw sprawdź,
czy pasują na ciebie sukienki poprzedniczki,
a łokcie i pośladki
(uwielbiałem gdy opinały je ubrania)
odciskają w tych samych miejscach fotela.
Czy szminka rozmazuje się w tym samym miejscu
przy piciu z filiżanki.
(Kawa/ Herbata? Chodzi o kształt ust,
odpowiednią długość przytrzymywania ich przy krawędzi naczynia).
Czy sylwetką komponujesz się z miejscami,
w których wyciąłem tamtą na zdjęciach.
Najpierw sprawdź.
A potem…
Potem spójrz z mojego punktu widzenia.
Nie każda zmiana definiuje elementy nowego,
czasem to tylko przewrócenie rozdziału
w tej samej książce.
Przesunięcie o kilka stron bliżej zakończenia.
Dawid Olejnik (Max Rogov)

Rozpalić…

„Każdego dnia zrób coś, co rozpali twoje życie…”

Tak… wartościowa rada i taka…uduchowiona. Nie przyklasnę jej jednak i nie rozpłynę się w zachwycie. Po pierwsze… zakłada niejako, że nic nie robię. Po drugie, co gorsza, zakłada że jeśli nawet coś robię, to nie jest to wystarczające, aby moje życie bylo pełne swiatła. Powinnam więc usiąść teraz i zastanowić się, co by tu takiego zrobić, aby uzyskać ten rozbłysk. Szkoda na to czasu… Nic, co będzie zaplanowane, przemyślane nie wywola efektu „WOW!!!”
Światło nosimy w sobie. Może być ono mniej lub bardziej intensywne, jaskrawe lub nastrojowe, może mieć barwę ciepłą lub zimną. Jednak ono w nas jest. Może nam mocno przygasło, może ledwie się tli. Może nawet nie wiemy, że w tym popiele jest jeszcze żar. Mamy je jednak w sobie. Wszyscy bez wyjątku! Nawet największy łajdak zatrzymuje się na chwilę i czuje, że ma serce, choć traktuje to jak wypadek przy pracy.
Zamiast więc kombinować, co takiego zrobić zdecydowanie polecam pogrzebac w swoim „wczoraj” i poszukać tego swiatła, które rozsialiśmy. A gdy je znajdziemy przypomnijmy sobie, jak cudownie wtedy się czuliśmy. Przypomnijmy sobie swoją roześmianą twarz.Przypomnijmy sobie oczy tych, którym to swiatło podaliśmy. Czasmi zrobiliśmy coś, co wzbogaciło nas samych, a czasami komuś wyprostowalismy choc jeden życiowy zakręt. Przypomnijmy sobie to. A jeśli nie znajdziemy żadnej takiej chwili w naszym minionym dniu… to spokojnie. Ta chwila, która trwa. To, że szukamy… to też jest tym, czego szukamy. To w niej rozpalamy w sobie delikatne światełko. Zatęsknijmy za światlem w sobie i dookola nas. Zima sprzyja temu bardziej niż jakakolwiek inna pora roku. Głowa do góry!!! Światło jest w nas. Może trzeba tylko rozdrapać ochronną skorupkę, aby uwolnic pierwszy promyk. On zrobi resztę. I jeszcze jedno… zaręczam, że światlo jest bardzo zaraźliwe.

A właśnie, że zakochaj się… ze wszystkimi konsekwencjami!!!

Nie zakochuj się w kobiecie, która czyta,
w kobiecie, która czuje zbyt wiele,
w kobiecie, która pisze…

Nie zakochuj się w kobiecie
wykształconej, czarodziejce, rojącej, szalonej.

Nie zakochuj się w kobiecie,
która myśli, która potrafi wiedzieć, zdolnej wzbić się do lotu,
w kobiecie, która ma wiarę w siebie.

Nie zakochuj się w kobiecie,
która śmieje się lub płacze, gdy się kocha,
która potrafi przekształcić swego ducha w ciało, a nawet więcej…
w kobiecie, która kocha poezję (są one najbardziej niebezpieczne)
lub w kobiecie, która może stać pół godziny przed obrazem,
która nie może żyć bez muzyki.

Nie zakochuj się w kobiecie
intensywnej, zabawnej, błyskotliwej, zbuntowanej, zuchwałej.

Niech nigdy nie zdarzy ci się zakochać w takiej kobiecie.
Bo gdy zakochasz się w tego typu kobiecie,
czy pozostanie z tobą czy nie,
czy będzie cię kochać, czy nie,
od takiej jak ta kobiety nigdy nie wrócisz wstecz.
Nigdy.

Martha Rivera Garrido

Zadanie do wykonania.

„Niech każdy nowy rok zastanie cię lepszym człowiekiem” /B. Franklin/

Mam taki sobie mądry kalendarzyk, który przyniósł mi święty Mikołaj na Mikołajki organizowane w pracy. Sama sobie nie kupiłabym lepszego..!
Każdy dzień ma swoje motto, niektóre jakoś tak dziwnie grają z tym, co mi w duszy szepce i sprawiają, że myśli lecą daleko i szeroko.
Ta, Franklina, to przecież podsumowanie moich życzeń noworocznych dla siebie i dla was.
Ja powitałam ten rok w szczególnym nastroju. Pomijam już fakt, że niezapowiedziani goście rozweselili mnie do łez. Dzięki nim zaoszczędziłam własne kocie winko i wprawiłam się na ich koszt w cudowny, lekko kołyszący nastrój. Uwielbiam poznawać nowych ludzi, szkoda tylko, że z takim trudem zapamiętuję ich twarze… Zdecydowanie łatwiej zapamiętuję ich dusze, zwłaszcza gdy są tak zielone jak moja.
Powitałam ten rok z poczuciem, że moje życie jest na właściwych torach. Potrzeba jeszcze tylko pewnej kosmetyki, aby moja bieszczadzka ciuchcia zamieniła się w pendolino. I to nie chodzi o szybkość życia, ale o to, że stało się ono dla mnie cenne samo w sobie. Po raz piewszy tak na serio jest mi dobrze w mojej skórze. Muszę jeszcze sobie wywalczyć to i owo, wypracować jakiś stały rytm, aby nadążyć za tempem, którego moje życie znów nabiera. Ale to, co najważniejsze już się stało. Moje życie po raz piewszy jest naprawdę moje i nie oddam go nikomu, nawet tym, których kocham bardzo i najbardziej!!!
I stąd moje życzenia, które napisałam, dotyczą nie Nowego Roku ale… Nowej Mnie, Nowych Nas.
Nie łudźmy się, Nowy Rok nie przyniesie nam niczego dobrego, lepszego, piękniejszego jeśli to my nie zaczniemy żyć lepiej i piękniej. To dobry moment, aby pomyśleć nad naszym dalszym życiem. Ale to bardzo zły czas, aby oczekiwać, że ono zmieni się tylko dlatego, że na końcu daty w kalendarzu zamiast 6 jest 7.
Początek roku to dobry czas, aby powiedzieć sobie prawdę… całą prawdę. Dobry czas, aby wypowiedzieć przed samym sobą swoje noworoczne życzenia i nadzieje i bardzo dobry czas, aby zaplanować jak je zamienić w rzeczywistość.
Dla mnie ten rok jest wyjątkowy. Nie tylko dlatego, że przekroczyłam magiczną 50, bo jakoś nie przywiązuję wielkiej wagi do swojego wieku. Jest wyjątkowy, bo wchodzę w niego silniejsza niż kiedykolwiek i świadoma tego, co chcę, aby się w nim wydarzyło. A to, czy się wydarzy zależy tylko i wyłącznie ode mnie.
Więc zrobię wszystko, aby kolejny Nowy Rok był szczęśliwy, gdy odchodzący Stary Roczek szepnie mu na ucho – nie zmarnowała mnie..! Dałem jej Czas i … nie zmarnowała go! Jestem z niej dumny!!!

Talent

„Sens życia odkryjesz odnajdując swój talent, a jego cel w dzieleniu się tym talentem”

Spróbujcie pomyśleć o swoich talentach… ale nie tak szablonowo: śpiewam, tańczę, maluję, piszę…
Talentem jest też witanie dnia uśmiechem, widzenie ludzi potrzebujących pomocy, słuchanie…
Jaki macie talent???
Nie wiecie? A może nie chcecie wiedzieć, bo talent to odpowiedzialność!
Talent to ciągle przynaglenie do bycia doskonalszym w tym, co zostało nam dane. To nie zawsze jest proste, to nie zawsze jest bezbolesne. Jednak to zawsze wraca do nas tysiąckrotnie, choć nie zawsze od razu i nie zawsze tak, jak sobie to wyobrażamy.
Jaki więc macie talent?
Ja wiem…
I codziennie od nowa biorę za niego odpowiedzialność

Jaki sylwester taki cały rok…

Jaki Sylwester taki cały rok….!!!

Tak więc, zakładając, że to porzekadło ma moc sprawczą, już wiem, jak będzie wyglądał mój Nowy 2017 Rok.
I tu nachodzi mnie pewna refleksja… czy ja nie mogłam tego Sylwka przeleżeć po prostu na kanapie, w byle jakim ciuchu, i po prostu sobie porobić jedno wielkie nic???

Cholera…. Strasznie pracowity i szalony będzie ten rok!!!
-będę miała loczki na głowie, a w głowie pozytywnie zakręcone marzenia,
-będę chodziła ubrana kolorowo i miała w oczach ten dzisiejszy błękit nieba,
-będę spacerowała po 12 kilometrów dziennie (litości!!!),
-będę trzaskała w ingressie po 400 tys. dziennie (skąd ja tyle itemków wezmę???),
-moje plany będę robiła tylko po to, aby wzięły w łeb i będę tym zachwycona,
-będę się przekonywała codziennie od nowa, że życie ma w zanadrzu schowane zdecydowanie lepsze rozwiązania, niż ja zdołałabym wymyślić,
-będę doświadczała, że nic, ale to zupełnie nic, nie dzieje się bez powodu i że wystarczy tylko trochę poczekać, aby zobaczyć ten powód na własne oczy,
-zdołam wreszcie pogodzić pracę z wypoczynkiem – i to będzie postęp!!!,
-będę poznawała nowych, niesamowitych ludzi zupełnie tego nie planując, co wcale nie znaczy, że grono moich znajomych na fb powiększy się nagle i znacząco,
-moje dni będą pełne słońca, a powody do radości będą się rodziły nawet na kamieniu… tak jak na dzisiejszym spacerze,
-będę miała pełną lodówkę i prawo do L4,
I, co najważniejsze, w tym nowym roku
-mój dom będzie pachniał ciastem cynamonowym i pieczonymi jabłkami!,
-moje wieczory będą szumiały winem i szelestem przewracanych kartek mojej własnej książki,
-drzwi w moim domu będą zawsze otwarte na tę piątą stronę świata, w której ludzie są prości i otwarci i cieszą się samym faktem, że wstał nowy dzień!,
-a tuż przed świętami, już na zawsze, mój dom będzie przeżywał inwazję i zagości w nim najcudowniejszy bałwankowy zawrót głowy!

Matko Boska… jak ja dam radę, w moim podeszłym wieku, zrealizować tak ambitny plan???

Ale spoko, ponoć plany mam robić tylko po to, aby życie mi w nich mieszało

Rozalia i on

NIECHĘĆ… czy aby na pewno?

Rozalia… Żona, matka dwóch dziewczynek..
On… Mąż, ojciec dwóch dziewczynek.
Tylko, że to zupełnie inne dziewczynki.
Tylko, że to cudza żona i cudzy mąż.
Ona pracowała z nim w jednej firmie. Trafiła na jego zmianę, choć była z tego bardzo niezadowolona. Nie lubiła go zbytnio, nie chciała z nim pracować. Ot, obojętność z przewagą niesympatii
Jemu zależało na tym, aby się dobrze poczuła w jego towarzystwie. Zależało mu na atmosferze w grupie i pomiędzy nimi. Powoli zaczęła z nim rozmawiać. Powoli zaczęło się między nimi ocieplać. W pewnym momencie zaczęła się inaczej ubierać, ba…zaczęła się ładniej ubierać. Zawsze, gdy wchodziła do biura patrzyła na niego, chcąc zobaczyć jego reakcję. Czasami chwalił jej wygląd. Niekiedy, choć wyglądała świetnie, on nic nie mówił tylko patrzył. Wkurzało ją to, że nic nie mówi. Nie wystarczały jej jego spojrzenia. Chciała słów. Wiedział, że chce mu pokazać swoją kobiecość. Czuł, że ubiera się specjalnie dla niego. Niesympatia trafiła do kąta.

WIOSNA…

Czas przemiany. Wiosna dookoła i wiosna w nich. Wracali z pracy razem Powoli to odwożenie do domu przestało być tylko odwożeniem. Trafił się pocałunek, trafiła się rozmowa, trafiło się spojrzenie w oczy. Sympatia rozpościerała skulone dotąd skrzydła
Pewnego dnia umówili się na spacer w miejsce, które potem stało się ich miejscem. Ich „źródłem”. Tam kochali się pierwszy raz. To było coś niesamowitego. Spontaniczny seks, długi seks, wspaniały seks… przeplatany spacerem po łące, gdzie znowu pożądanie wzięło górę i gdzie kochali się kolejny raz. Od tej pory niezależnie od tego, jak często się kochali, ciągle czuli niedosyt, ciągle było im mało. Ich związek opierał się głównie na seksie.
Wymyślili sobie, że będą się kochali w różnych dziwnych miejscach. Kochali się więc w miejscach takich jak: kościół (za każdym razem inny), dworzec autobusowy w stojącym na boku, zepsutym od zawsze autobusie. Kochali się przy drodze w wysokich trawach, kochali się w pracy, gdzie 20 metrów od nich pracowali ich koledzy. Kochali się w autobusach, lasach, w paśniku dla zwierząt na wyłożonym w nim sianie. Na początku wymyślali te miejsca, potem po prostu je dostrzegali i wykorzystywali. W jego bloku były piwnice, pralnie. Pewnego dnia dostał wiadomość, że jest u niego pod domem. Zszedł do pralni, otworzył ją wysłał jej sms, aby weszła do bloku, zeszła do piwnicy, do pralni… poszedł do niej i tam się kochali. Następnym razem, zamiast do pralni, zaprosił ją do pomieszczenia, które określił jako bunkier. Zamknęli się tam i kochali przez kilka godzin. Odosobnienie, zapomnienie i zatracenie. Innym razem był to budynek, w którym mieszkała ona.
Miała takie przyzwyczajenie, że w kalendarzu zakreślała przy każdej dacie kwadraty. Każdy bok kwadratu oznaczał jedno kochanie w tym dniu. Kiedyś pokazała mu swój kalendarz. Był zdziwiony i rozbawiony i trochę zaskoczony ilością kwadratów.
Pamięta pewną imprezę firmową. Gdy już się rozkręciła na dobre, poprosiła go, aby ją kochał… Nie widział możliwości, nie widział miejsca, gdzie mógłby to zrobić. Zaprowadziła go na dach… Tam zobaczył przygotowany koc. Rozalia zaplanowała to w najdrobniejszym szczególe.
Gdy wrócili po 1,5 godzinie wszyscy zasypali ich pytaniami, gdzie się podziewali. Rozalia powiedziała, że byli się kochać. Rozbawiła wszystkich, nikt nie był w stanie uwierzyć w taką ewentualność. Na pozór nadal łączyła ich niespympatia.

DECYZJA…

Pewnego razu, po kochaniu, powiedziała mu, że chciałaby mieć z nim dziecko. Tłumaczyła, że to, co między nimi trwa jest ulotne, może skończyć się każdego dnia. A ona chciała mieć coś, co jej pozostanie. Rozpoczęły się poważne rozmowy. W końcu podjęli decyzję, że tak, że oboje tego chcą. Rozpoczął się trudny czas starania się o dziecko. Chciała mieć z nim syna. Kolejna próba przyniosła oczekiwany efekt – była w ciąży. Kochali się dalej. Wszystko pomiędzy nimi było takie samo, a przecież było zupełnie inaczej. Po 9 miesiącach urodził się Kuba. W momencie urodzenia Kuby ich związek miał dwa latka.

KUBA…
Kuba miał jedną mamę i dwóch ojców.
Kuba miał jedną mamę i… żadnego ojca.
Jeden nim przecież nie był, drugi był, ale go przy Kubie nie było.
Powinnam powiedzieć, że wszyscy byli długo i szczęśliwie, ale czy tak było? Byli razem jeszcze przez pewien czas. Ale wszystko się rozpadało. Pozornie niezależnie od nich, od ich decyzji i wyborów.
Ona przeprowadziła się do nowego mieszkania. On zmienił w międzyczasie pracę i coraz mnie czasu spędzali ze sobą. Potem on wyjechał daleko, poza horyzont jej życia. Coś pękło, coś się zapodziało. Ona miała to, co chciała. On też miał co chciał… Ona miała wszystko, on nie miał nic.
Po powrocie powiedziała mu, że nie mogą się dalej spotykać.
To, co powinno stać się początkiem, stało się początkiem końca.
Stało się tak, jak chciała…. Został jej syn!

RETROSPEKCJA
W ubiegłym roku, po latach… on zobaczył Kubę na facebboku. To było ich pierwsze spotkanie od ich rozstania. Wróciło … wszystko czy nie wszystko… Po co, z jakim skutkiem… To będzie jego tajemnica.
Nigdy nie powstało pomiędzy nimi nic, co można by nazwać miłością. Łączył ich tylko seks. Spędzali ze sobą tak wiele czasu, byli razem w tak wielu sytuacjach, a przecież nie wydarzyło się nic… Nic, poza Kubą!

A kim był Kuba?
Kaprysem kobiety bez skrupułów?!
Obrazem nieodpowiedzialności mężczyzny bez żadnych zasad?!
Kim był? Kim jest?
Osobą żyjącą w jednym wielkim kłamstwie?!
Osobą, której nie dano szansy na prawdę o sobie samym?!
Dlaczego???
A ona i on?!
Czy można być ze sobą tyle lat bezkarnie i nie kochać, nie chcieć zbudować czegoś trwałego?
Czy można do tego stopnia być cynicznym i pozbawionym uczuć?!
Czy można do tego stopnia być egoistą?!
Spytajcie jego… spytajcie jej.
A może to było tak, że ona miała wszystko co chciała. Miała to swoje stałe miejsce na ziemi. Może dostała dokładnie to co chciała. Bogatego męża, który ją kochał, tylko zbyt rzadko bywał w domu, dobry seks z kochankiem, który niczego nie wymagał a potem wymarzonego syna, którego mąż jej dać nie umiał.
A może to było tak, że on miał ciepły dom, był zadbany, nakarmiony. Miał szalony seks, którego nie dawała mu własna żona. Może zapłacił za to synem. Może Kuba tylko pozornie go nie obchodził?
Może…
Nie dowiemy się tego nigdy… to ich, to jego tajemnica!
Tylko oni znają odpowiedź… On i Rozalia

Spełnione życie

Płakać, żałować, rozpaczać?
Umarł Wajda… smutek?!
A może raz spojrzeć na śmierć inaczej…
kochał to, co robił
robił to, w co wierzył
żył zgodnie ze swoją wiarą i swoją miłością…
Może więc zaklaskać w dłonie i krzyknąć – Brawo Andrzej!
Może więc zastanowić się nad tym, jak pięknie żył i jak spełniony odszedł.
Dostał dar i oddał go ludziom pomnożony.
Umierał spokojny…
Może więc płakać i żałować i rozpaczać nad sobą, a nie nad nim
Może więc spuścić ze wstydem głowę patrząc na swoje życie
Tyle dostaliśmy
Tyle mamy w dłoniach i w głowie każdego dnia
Co z tym robimmy?
Tak często nawet tego nie zauważamy, co nam życie rzuciło w serca
Więc tak, zapłaczmy dzisiaj nad sobą, ale tak serdecznie
I wejdźmy w ten nowy dzien z obietnicą złożoną samemu sobie – nie zmarnuję!
Nie zmarnuję już ani jednego dnia ze swojego życia.
Nieważne ile mam lat… muszę być wolna, muszę mieć otwarte serce i duszę
Przede mną jeszcze tyle lat… inni ich nie mają, ja tak!!!
Oddam pomnożone to, co życie mi powierzyło w darze.

przegonić czas

Czas ucieka zdeycdowanie za szybko. Dzień tak szybko się kończy, że szkoda zupełnie czasu na sen.
Ten jednak przychodzi i bierze mnie w swoje władanie nie pytając czy mi to na rękę.
Czy ja naprawdę jeszcze pół roku temu potrafiłam przesypiać całe popołudnia???
Miałam na to czas???
Coś niesamowitego, to się nie mogło dziać!
Ale pamiętam doskonale jak to było zapadać w sen, aby nie myśleć!
Wiele bólu i trudu kosztowały mnie trzy ostatnie lata.
Wiele planów, starań i wiele porzuconych nadziei.
Tak trudno zaczynać było wszystko od początku, potem znowu i znowu…
Chciałam iśc do przodu, a stałam w miejscu wszystkie wysiłki skupiając na tym, aby nie cofnąć się wstecz.
Przeżyłam wiele wojen, tych wielkich i tych małych.
Przyniosły wiele ofiar, zburzyły wiele domków z kart
A teraz…
Teraz biegnę do przodu nie czekając na nikogo i na nic.
Jestem swoja i dlatego bezcenna
Jestem swoja i dlatego mogę nadal kochać i marzyć
Jestem swoja i dlatego mogę ofiarowac swoje serce komu zechcę
Jestem swoja i dlatego wiem, gdzie złożę moją miłość!
Biegnę do przodu… z każdym dniem szybciej!
Biegnę… i o dziwo, nic z tego co ważne nie zostało z tyłu
Miłość i szczęście nawet mnie przegania
A nadzieja i wiara są blisko, tuż obok
A jutro…
Jutro nie wiem, czy przyjdzie i jakie
Ale jeśli nadejdzie to wiem, że na pewno
wszystko z niego wycisnę, do kropli, do dna
przyjmę nawet tę gorzką cząstkę pomarańczy
i zaśpiewam, że ziemia pod nogami tańczy!!!

pozwolić sobie…

Ważne, aby pozwolić sobie na niepowodzenie.
Jesteśmy ludźmi… to żaden sekret!
Można upadać lekko i ciężko – nie ważne.
Ważne, aby natychmiast znowu wiedzieć cel.
Wierzyć, że cel jest nadal przed nami i czeka.
Nie powiem, że trzeba się podnieść natychmiast, bo im bardziej kochamy, im więcej mamy w sobie wrażliwości, tym trudniej nam wstać, otrząsnąć z siebie brud ziemi i iść dalej.
Wstawać można powoli, można nawet upadek wykorzystać na odpoczynek,
ale nie można pozwolić sobie na stracenie z oczu tego, do czego idziemy, do czego dążymy… naszych marzeń
Stracić z oczu marzenia – to dopiero upadek…

Miłość wpisana w wolność… a może odwrotnie?!

„Podaruj swoja nieobecność tym, którzy nie cenią twojej obecności”.

Zdałam sobie sprawę z tego, że kończąc coś bardzo dla mnie cennego, zyskuję dużo więcej. Dodatkowo ocalam też coś, co sprawia, że to co kończę jest właśnie takie wyjątkowe. W życiu trzeba czasami zamknąć za sobą drzwi i… zostawić miejsce, gdzie było nam tak dobrze. Prawda jest taka, że takich dobrych miejsc jest wiele. I ludzi, którzy staną się dla mnie cenni, tez jest wielu. Jednak to, co tym razem zostawiam za sobą jest tak piękne, że nigdy się nie skończy i nigdy nie przestanie być jedyne na świecie, niepowtarzalne…
Kocham tak bardzo, jak bardzo stałam się wolna. A może stałam się wolna właśnie dlatego, że kocham? Ta miłość na zawsze zostanie wpisana w moją wolność i niepodległość.
Zasłużyłam na życie… muszę sobie na nie pozwolić!
Ups… już sobie na nie pozwoliłam!

W Szczecinie, na Wodociągowej, padają łzy…

Gdybym kiedyś, gdy wyjeżdżałam ze Szczecina, pozornie tylko na chwilę, mogła przewidzieć dzisiejsze popołudnie… wywaliłabym tę przeklętą walizkę i została w swoim małym pokoiku na zawsze!
Nie byłabym dzisiaj taka, jak jestem bo nie spróbowałabym pić z trzech źródeł życia, ale byłabym tutaj!!! Nie musiałabym przeżyć tych kilku minut, gdy mój własny tata zginął w moich ramionach jak dziecko. Nie musiałabym przeżyć grozy tej chwili, gdy patrzyłam przez okno na wracającą mamę i … po prostu jej nie poznałam. Mogłabym ją minąć na ulicy i nie wiedziałabym, że to ona. Jak mam z tym żyć?! Jak mam żyć z coraz starszą i bezsilną starością moich rodziców oddalona od nich prawie 600 km???
Jak mam wytłumaczyć swojemu sercu, że tak mi się po prostu ułożyło życie: ja tu, oni tam? Jak nie płakać?! Leżę właśnie w łóżku, w pokoju, który kiedyś dzieliłam z siostrą i płaczę jak dziecko. Wróć… jako dziecko nigdy nie płakałam… Za to teraz łzy lecą i nie mogą się skończyć!
Jak mam wybierać pomiędzy moimi dziećmi i ich życiem, a moimi rodzicami i troską o ich życie?
Nie mam siły… Nie mam siły myśleć o ich samotnym jutrze. Nie mam siły myśleć, że ja, która towarzyszyłam tylu obcym, choć bliskim mi ludziom, w tych ostatnich chwilach mogę nie mieć tego szczęścia, by trzymać za rękę tych, którzy dali mi życie. Tym, którzy często nieświadomie, ale jednak wyposażyli mnie w odporność, odwagę i samodzielność. Tym, którzy często z trudem, ale akceptowali każdą moją decyzję. Tych, którzy zjeździli odwiedzając mnie pół Polski, nie skarżąc się i nie narzekając.
Im bardziej ich tracę, tym wyraźniej dostrzegam, jak ważną rolę odegrali w moim życiu. Czasami byli toksyczni, czasami nie dali mi tego, czego tak bardzo potrzebowałam do spokoju duszy… ale zawsze widzieli we mnie odrębnego człowieka z własną wolą i prawem do własnych decyzji i błędów.
A dzisiaj muszę słyszeć, jak tata nie wie, kto to jest Mateusz… Muszę patrzeć jak nie jest w stanie sam pojechać do miasta, bo nie zawsze wie gdzie jest…
Muszę patrzeć jak mama niknie w oczach… Co będzie, gdy wrócę tu następnym razem? Nie mam pieniędzy, aby odwiedzać ich choć raz na dwa miesiące… cholerny świat!
Byli przy mnie, gdy potrzebowałam opieki i troski. Każde na swój sposób: tata cieplutko i z miłością, mama z obowiązkiem i troską o byt codzienny… ale byli. A ja?! A ja nie jestem, bo nie mogę?! Oni nie mają do mnie pretensji, oni nawet nie myślą, że powinnam być przy nich. Ale ja… czy ja zdołam zapomnieć ?! Czy zdołam sobie wybaczyć, że nie umiem być w dwóch miejscach jednocześnie!?

Jak pięknie jest rano…

„Jak pięknie jest rano,
gdy jeszcze nic się nie stało,
i wszystko może się stać,
tylko brać, tylko brać…”

— Agnieszka Osiecka

A co, gdy ranek wita cię piękną niespodzianką?! Jeszcze nie otworzyłam dobrze oczu, a tu już sypią się na mnie dary nowego dnia?! Wtedy można tylko jedno: przeciągnąć się rozkosznie i zawołać z radością Kocham cię!!! Życie jak ja bardzo cię kocham!!!
Kocham cię jak cholera, bo każdego dnia dajesz mi tak wiele!
Kocham cię za faceta, którego uwielbiam i który uwielbia mnie i daje mi więcej niż sobie wymarzyłam.
Kocham za te uśmiechnięte twarze, które widzę obok siebie w coraz większej ilości.
Kocham za rozmowy z klientami, którzy tak mile potem dziękują za pomoc, choć przecież mogę tak niewiele.
Kocham za kłopoty, bo skłaniają mnie do myślenia, działania i w sumie sprawiają, że staję się silniejsza.
Kocham za przyjaźń, której szukałam całe życie, a którą dała mi Aga.
Kocham za to, że jestem postrzelona, zakręcona, roześmiana i piegowata.
Kocham za to słońce za oknem, za deszcz na szybach, za ogromne jasne okna.
Kocham za Lunę, za jej łapki na mojej twarzy, za jej pazurki zagarniające moją dłoń tylko dla siebie.
Kocham za to, że kochać potrafię i chcę…

Tak po prostu…

Czy zdarzyło wam się kiedyś wstać rano, popatrzeć przez jeszcze zaspane oczy i przeciągnąć się rozkosznie z pełną świadomością, że jesteście szczęśliwi?
Ja właśnie tak zaczynam mój dzień.
Jestem szczęśliwa – aż we mnie kipi ze szczęścia…
Co tam kłopoty i trudności, dam radę… jestem szczęśliwa i tyle!
I dlatego właśnie dzisiaj świeci słońce, bo inaczej być nie może. Jak wyglądałby deszcz przy takiej szczęśliwej gębie jak moja?!
Mam tego szczęścia w sobie tyle, że aż mnie rozpiera….
Komu trochę szczęścia? Komu..???
Rozdaję hojnie, za darmo, bez pytania o nic…
Chcesz?!

wiem, że to prawda

„Podróżowanie z kimś jest bardziej wzruszające, iż podróżowanie samemu.
Ludzie potrzebują potwierdzenia – tak się uczymy.
Czujemy, że coś jest nie tak a inni, czujący podobnie, pomagają nam to wyjaśnić.
Sztuka dzielona z innymi jest częścią potwierdzenia.
Bez treści nie ma deklaracji.
Bez deklaracji nie ma wspólnoty, a bez niej nie ma pięna!
A bez piękna – sztuka nie istnieje.
Gdy widzisz piękno wszędzie i we wszystkim
twoja dusza staje się wolna.
Nikt ci tego nie może odebrać.
Wiem, że to prawda!”

„Kolory życia”

Taki sobie fragmencik na ten długi weekend…

Muzycznie i filozoficznie…

Piękna sobota, choć ciągle myślałam, że to niedziela przez ten wolny piątek… :)
Piątek wyznaczył nową drogę a sobota miała mi pomóc zebrać siły na ten wielki krok.
I pomogła… najpierw trochę codzienności, czyli sprzątanie ale w wersji mikro, zakupki na targu i pogaduchy z synem.
Nie za wiele… wszystkiego ciut, ciut… bo na tylko tyle miałam ochotę.
A potem ruszyłam w tzw. świat… czyli trochę poingresować, ale … muzycznie.
Wczoraj cała warszawa rozbrzmiewała Chopinem i jazzem. Począwszy od sceny przy Krakowskim, przez Kolumnę Zygmunta aż po rynek… wszędzie grało!
A jeśli dodam, że grało akurat tak, jak lubię od razu staje się oczywiste, że sobota udała mi się przepięknie.
Chopin ma swoje specjalne miejsce w moim życiu. Głównie zawdzięczam to prof. Poniatowskiej. To ona umiała mi o nim opowiedzieć tak, że nigdy już nie będę słuchała go jako wielkiego kompozytora. Był w swej niezwykłości do bólu zwyczajny. Kochał trudną i pokręconą miłością – zupełnie jak ja. Pisał – nie pod publiczkę, ale jak mu rzeczywiście w sercu grało. Ich listy są piękną lekturą…
Byli ze sobą 9 lat. Byli swoją wzajemną namiętnością, która z czasem przerodziła się w szczerą i głęboką przyjaźń i oddanie. On dla nie porzucił plany małżeństkie, ona była mu oddana bez reszty, również w chorobie. Dwoje tak różnych tak do siebie pasowało. Żyli razem, ale każde z nich ocaliło w tym związku siebie. Byli razem, ale nie naruszyli swojej odrębności ani troszeczkę.
George Sand – francuska pisarka. Rozgłos zdobyła śmiałością podejmowanych tematów i niezależnym sposobem życia, wykraczającym poza przyjęte ogólnie obyczaje. Chopin poznał George jesienią 1836 i niestety, nie zachwycił się nią. Rodzicom napisał: „Twarz jej niesympatyczna, jest w niej coś odpychającego” a jednak zaintrygowała go na tyle, że wkrótce stała się stałym gościem wieczorów w jego własnym salonie. Ona zupełnie inaczej niż on, była od początku zafascynowana Chopinem i jego muzyką. Walczyła o miejce w jego sercu prawie półtora roku!!!Sama przyznawała, że „otacza go czcią bałwochwalczą”.
Płomienny romans z Chopinem znalazł swoje uwieńczenie w romantycznej podróży na Majorkę. Oboje byli zachwyceni widokami i sobą. George pisała „To ziemia obiecana… Jesteśmy zachwyceni…” a Chopin: „Jestem blisko tego, co najpiękniejsze…”. Nawet wielkim i niezwykłym życie potrafi jednak utrzeć nosa. Podróż ta kończy się strasznym atakiem choroby Chopina. Było blisko tragedii. George stała się nie tylko kochanką, ale i najtroskliwszą opiekunką i pielęgniarką. Dlaczego więc ich miłość a przede wszystkim przyjaźń, bliskość i przywiązanie uległy prozie życia i doprowadziły do rozstania. Zazdrość… Chopin był zazdrosny, George tego nie tolerowała. Zazdrość uważała za uczucie „hańbiące i poniżające tego, kto ją posiada”). To ona odeszła… w nie do końca piękny sposób (miała cięte pióro i nie zawahała się go użyć). Chopin pisał: „Będę czekał, zawsze ten sam”
A przecież to, co najważniejsze w tym związku, jak zwykle, nie było „z tej ziemi”. To George sprawiła, że twórczość Chopina z lat ich bliskości osiągnęła mistrzostwo. Na Majorce i pod dachem chateâu de Nohant powstała absolutna większość chopinowskich arcydzieł, m.in. Sonaty b-moll, h-moll i g-moll, Ballady F-dur, As-dur i f-moll, Scherza cis-moll i E-dur, Fantazja f-moll, Berceuse, Barkarola, trzy wielkie, ostatnie polonezy, ponadto mazurki, preludia, nokturny, impromptus, cała twórczość zawarta między op. 35 a op. 65. Wiele wskazuje na to, że związek między Chopinem i George twórczość jego uskrzydlił i pogłębił. Tak samo było z George… związek z Chopinem jej pisarstwo oderwał od wyłącznego zainteresowania bezpośrednią autoekspresją. W wydanych już po zerwaniu z Chopinem wspomnieniach naszkicowała ona niezdeformowany emocjonalnie obraz kompozytora, przekazała także unikalny opis jego aktu twórczego. Franciszek Liszt zapamiętał, iż: „twierdziła, że miłość daje się jak szklankę wody temu, co o nią prosi”

I właśnie to wszystko, sprawia że w jego muzyce odnajduję swoje życie, swoją miłość i swoje marzenia. Odnajduję również swój ból. Mimo szczęścia i radości, jest we mnie przecież tyle bólu. Chowam go głęboko, bo nie ma nikogo, kto by potrafił go zrozumieć. Próbuję czasami, gdy wyłazi nieproszony, wytłumaczyć go tym, którym się pokazał… ale nie potrafię. Bo ból pozbawia mnie rozsądku i logiki. Bo gdy czasami, niespodziewanie jeden gest, jedno słowo poruszają we mnie to, co strasznie bolesne moje reakcje stają się dla innych niezrozumiałe.
Bo jak wytłumaczyć to ciągłe pragnienie docenienia tego co robię? Jak wytłumaczyć, że nie po to to robię, ale jednak wierzę, że to ma sens, że jest komuś potrzebne, że daje radość, ulgę itp. I gdy nagle okazuje się, że chyba nie do końca to jest tak… boli!
Więc wczoraj Chopin zrobił mi malutką wiwisekcję. A może to raczej ja wykorzystałam Chopina, aby ją sobie zrobić i … poskutkowało. Coś sobie poukładałam, do czegoś się poprzyznawałam …! Ale wnioski nie do końca proste i przyjemne, więc musiałam wpaść w zupełnie inne klimaty. Wywędrowałam więc na rynek, gdzie o 18 rozpoczynał się Jazz na Starówce. I pozwoliłam sobie przy dobrym trunku pojazzować swojej duszy. A pomiędzy tym wszystkim poingressowałam sobie ciut ciut…. do zupełnej pustki w plecaku.
I tak sobie myślę… czas podporządkować się zarządzeniu władz Stolicy!
Czas się… zakochać w Warszawie!
Czas wrócić do muzyki, skoro wróciłam do siebie samej.
Ja to muzyka, muzyka to ja…
Ja to muzyka a muzyka to… samotność.