Czas oczekiwany…

Kochanie…
tak pięknie było cię dzisiaj witać. Warto było czekać na tę chwilę bardzo niespokojnie. Rozstania mają jedną dobrą stronę – przynoszą radość powitania.
Nam przyniosły łzy radości, łzy prawdy, łzy wyznań tak szczerych, że trudnych do wypowiedzenia.
Ciężko się godzić z rozstaniem, ale jak pięknie znowu dotknąć się i poczuć. Najpiękniej!
Czy jest coś, na co czekaliśmy bardziej niecierpliwie, niż na ten dzień, na tę chwilę..?
Wątpię… bo po raz pierwszy kochamy i pragniemy właśnie tak… bez granic, bez zahamowań, bez tego wszystkiego, co ogranicza i wyznacza kres.
Kresu nie ma… już próbowaliśmy wielokrotnie go wyznaczyć, ale bezskutecznie.
Każdy kres, któremu dajemy miejsce i czas, okazuje się nowym światem. I jest jeszcze piękniej, jeszcze delikatniej…
Jest tak, jak powinno być… a my w jesteśmy w samym środku tego piękna!
Witaj… witaj w domu Kochany…
Tyle dni zgasił twój pocałunek!!!
Tyle dni zgasił twój dotyk!!!
Tyle pustki wypełniłeś sobą!!!
Witaj, Kochanie, wszystko czekało tu na ciebie… zupełnie bezpieczne i zupełnie twoje!
Witaj!

Nie mogę inaczej…

Kocham cię…!
Tak prosto to powiedzieć i tak prosto pławić się po szyję w tym ciepełku, które dajemy sobie samym tym pięknym stwierdzeniem. Tak… tak dobrze jest kochać. Kochać… co to znaczy?
Tak sobie myślę, że kochać to znaczy myśleć od siebie. Myślec w stronę drugiego człowieka. W stronę jego potrzeb i marzeń, w stronę jego codzienności. Kochać to znaczy robić to co trzeba, tu i teraz i jak najbardziej dla siebie, ale widzieć jak w tym wszystkim odbija się drugi człowiek, ten tak bardzo kochany. Bo może się okazać, że nasze kłopoty, nasze zawirowania sprawią, że nasze życie wygląda jak krzywe zwierciadło. a nasza miłość w nim odbita wygląda zupełnie nie tak, jak powinna. Czułość uderza obojętnością, jak obuchem w łeb tę naszą biedną kochaną połówkę. Troska zaś śmieje się jej egoistycznie prosto w nos, kręcąc się nadal się wokół nas, jak pies za własnym ogonem.
To nasze prawo, mieć w swoim życiu okruchy krzywych luster, to jest prawdziwe a nie uczesane gładko życie. Mamy do tego prawo. Mamy prawo do kołomyi dnia codziennego, ale nie mamy prawa zniekształcać życia tych, których kochamy.
Więc, gdy masz kiepski czas. Gdy nie do końca idziesz tam, gdzie chcesz i robisz nie to, czego akurat byś sobie życzył to pozwól, aby ta druga osoba była tak blisko ciebie jak to tylko możliwe. Tak, aby jej życie po prostu nie mogło się odbić od naszej krzywizny, bo będzie tak bardzo wtulone w nasze ramiona. To jedyna droga… każda inna jest drogą do nikąd, do pustki.
A gdy zrobisz ten błąd i nie wyciągniesz ramion tak jak należy, nie zagarniesz swojej miłości i nie przytulisz do serca, bo wydaje się, że zamiast niego masz jednego, wielkiego kaktusa to pozwól, aby ona krzyknęła głośno. Bardzo głośno, najgłośniej jak potrafi, że jesteś głupcem!
Każdy z nas ma prawo walczyć o swoje w tym niełatwym życiu. Musimy jednak pamiętać, że kochająca nas osoba zawsze obrywa rykoszetem. I tak, jak ona musi nam pozwolić walczyć po swojemu, nawet głupio (bo dla niej niezrozumiale), ale po swojemu, tak my musimy pozwolić jej reagować na to, co się dzieje też po swojemu… a raczej po … miłosnemu.
Dajmy jej prawo do niestania grzecznie z boku, do buntowania się, do komentowania tego, co się dzieje. Dajmy, bo to jest znak, ze jesteśmy naprawdę kochani. Tylko prawdziwa miłość potrafi nie zostawić nas samych. Potrafi walczyć o swoją bliskość przy nas, wtedy gdy my zapominamy o całym świecie, kiedy nie patrzymy rozsądnie skoncentrowani nad tym, co najpilniejsze, najtrudniejsze, najbardziej nachalne i natarczywe.
Pozwólmy jej na to. Pozwólmy by powiedziała nam, co o nas myśli, by wściekała się, że bylejaczymy, wymiękamy i szukamy usprawiedliwień dla swojej głupoty. Ona bowiem nie tylko nam nawtyka i nie tylko podsumuje bez litości to, co gubimy po drodze dążąc do celu jak ćma do płomienia. Ona jeszcze przypomni nam, że wcale nie jesteśmy do dupy, przykuci do ziemi. Ona przypomni nam, że nosimy w sobie skrzydła i wystarczy sobie o nich przypomnieć. To jej rola… to zadanie dla każdego, kto naprawdę kocha. A jeśli tego nie potrafisz, jeśli przymykasz oko na to, co się dzieje z twoim ukochanym człowiekiem, bo jest ci go tylko szkoda – co to za miłość. To mamałyga a nie pikantne danie, które ma w sobie niebo i piekło i właśnie dlatego jest wyjątkowe. Miłość unosi, buduje, przeobraża, ciągnie w górę i do przodu.. a jak nie może to popycha z tylu ile tylko ma sił!
Więc jeśli twoja druga, kochająca połówka, ciosa ci kołki na głowie stawiając cię do pionu i nie pozwalając na obniżenie lotów… dziękuj za nią losowi na kolanach. Nawet nie wiesz, jak wiele ją to kosztuje. Nawet nie wiesz o ile łatwiej byłoby jej usiąść obok ciebie, biadolić, płakać i zatracać się w beznadziejności. Ale ona chowa w sobie cały ciężar tej sytuacji, nie mysłi o swoim trudnym tu i teraz, które jej fundujesz i cała skupia się na tobie. Na tym, abyś skupiony na walce o swoje tu i teraz nie stracił tego, co najcenniejsze. Jej samej. Doceń to, bo nie chciałbyś wiedzieć, ile ją to kosztuje i jak bardzo trudnej rzeczy dokonuje.
Prawdziwa miłość nie pozwala na odejście w samotność. Kochając, mamy obowiązek wymagać od siebie wiele… bardzo wiele. Kochając nie mamy prawa pozwolić ukochanej osobie stać się byle jakim. Nie możemy pozwolić jej się upodlić, sponiewierać, zdziadzieć i może jeszcze pożałować.. że jest taka biedna bo zupełnie beznadziejna.
Nie … do cholery NIE!!!! W miłości nie ma zgody na bylejakość i na odpuszczenie ukochanym osobom bycia wartościowymi i mądrymi ludźmi.
Jeśli więc akurat jesteś w takiej sytuacji, to wstań, daj sobie po pysku, jeśli tego potrzebujesz i pomyśl… jak wielka jest miłość, która przy tobie stoi.
Ja miałam taką miłość obok siebie przez ostatnie lata. Bóg jeden wie, jak trudne tu i teraz ze mną przetrwała i nie pozwoliła mi, abym przyzwyczaiła się do czołgania po ziemi. Każdego dnia na nowo pokazywała mi, że mam skrzydła choć wtedy to były ich nędzne pozostałości. Dotrwała do czasu aż odrosły i, rozprostowane, uniosły mnie naprawdę wysoko.
Teraz ja spłacam „dług”. Teraz ja udowodnię jej, że ma skrzydła choćbym je miała każdego dnia stwarzać i przypinać jej na nowo. Nie zrezygnuję, bo jest tego warta. Wiem, co dostałam od losu i wiem, że warto dawać jej kolejne godziny, dni, tygodnie. Nie jest to łatwe, ale nikt nigdy nie powiedział, że nawet najpiękniejsza i najbardziej wyjątkowa miłość jest prosta i bezbolesna.

Więc wściekam się czasami, złoszczę na siebie, na nią i na wszystko dookoła bo szlag mnie trafia. Wiem przecież jak to jest być po tej drugiej, zniekształconej problemami stronie, ale nie mogę tych zawiłości rozprostować za nią. Choć to ja mam teraz więcej siły, choć to ja widzę, jak w sumie proste są drogi do rozcięcia tych węzłów gordyjskich. wiem, mogę, mam siłę… i muszę stać blisko i tylko patrzeć..!
I dlatego co chwila tupię nogami. O… a tupać ze złości i z niespełnienia to ja potrafię wprost koncertowo!
A potem tylko tulę tego mojego kaktusa z bliska i z daleka, zależy jak nam dane i jestem. Tylko i aż tyle!
Jestem bo kocham.. Kocham więc jestem..

Więc kocham… Kocham aż tak i tak po prostu… A ty???

oswoić Kaktusa

Zastanawiające, jak życie nieustannie nas czegoś uczy.
Mówi się, że uczenie się tego, co się kocha jest samą przyjemnością. Właściwie się z tym zgadzam, ale uważam, że warto wspomnieć o jednym wyjątku. Uczenie się kochanego człowieka nie zawsze jest przyjemnością. Jest jednak koniecznością i warunkiem tego, by miłość była żywa i ciągle dorastała. Nie wystarczy bowiem poczuć, że się kogoś kocha i już. Nie wystarczy patrzeć w oczy i trzymać się za ręce. Nie wystarczy przeżywać uniesienia i wzloty. Nie wystarczy. To tylko ta pierwsza faza miłości. Druga ukrywa się w przegadanych do świtu nocach, przeżywaniu tych samych wydarzeń i dzieleniu się nimi, w ciepłym kocu i herbacie, gdy choroba stanęła u drzwi. Schowana jest w codziennej, delikatnej trosce, w stawianiu kolejnych kroków, w pokazywaniu celu i dopingowaniu w drodze do niego. W wierze, że oto obok nas żyje drugi zwykły, przeciętny człowiek, który dla nas jest zupełnie niezwykły i po prostu nieprzeciętny i najcenniejszy. W tym pragnieniu, by był obok nas nieustannie i w wolności, którą mimo tego mu się daje. Nie jest to proste i często bolesne, ale bez tego nie możemy powiedzieć, że naprawdę kochamy.
Z człowiekiem jest trochę tak, jak z kaktusem. Każdy z nas jest inny, ale nie ma ludzi bez cierni. Po prostu nie ma. Jesteśmy jak prezenty, zapakowane mniej lub bardziej elegancko i ciekawie. Można się nami cieszyć, można głaskać opakowanie, ale jeśli chcemy w końcu cieszyć sie samym prezentem to musimy go odpakować. Zajrzeć do środka. Zachwycić się zawartością… czyli ślicznym kaktusem. Najczęściej jest kwitnący, zadziwia, zachwyca. Jednak po jakimś czasie przyzwyczajamy się do jego widoku i obecności na naszym parapecie życia. Potem kwiat zaczyna się starzeć, więdnie i kaktus jest już mniej piękny i zachwycający. Ot… zbieranina cierni. Jeśli wtedy nie sięgniemy po informację, jakie ma potrzeby, wymagania, tajemnice… będzie taki już na zawsze. Będzie w nim moc zakwitnięcia, będzie obietnica zachwytu, ale ukryta głęboko w jego wnętrzu. Więc decydując sie na miłość, podpisujemy zgodę na nieustanne kursy doszkalające. Będą organizowane bardzo często… czasami zbyt często, jak na naszą wytrzymałość i pojemność. Jeśli jednak opuścimy choć jeden, niełatwo będzie nadrobić straconą lekcję. Jeśli nie będziemy się do tej nauki przykładać sercem niewiele zrozumiemy. Zdobycie tej wiedzy wymaga bowiem zaangażowania i cierpliwości. Jak długo? Cóż… dopóki kaktus się nie zestarzeje i nie odejdzie w krainę dobrych wspomnień.
Tak, człowiek ma swoje ciernie. Każdy. Każdy jest kaktusem, bez wyjątku! Każdy kiedyś rozkwita, ale nie każdy ma szansę powtórzyć kwitnienie.
Dlatego tak ważne jest uczyć się kochanej osoby codziennie od nowa. Gdy grzeje nas ciepłem lub ziębi lodem, uczyć sie go bez względu na wszystko.
Dlaczego?
Dlatego, że wtedy my sami zakwitamy! Ucząc się drugiej osoby dajemy jej szansę na bycie pięknym człowiekiem. Dlatego, ze sami sobie wtedy dajemy taką samą szansę, bo z tej nauki rodzi się w nas wyrozumiałość, wolność, tkliwość, pewnośc uczuć, stałość i oddania. Dlatego, że ucząc się kochanej osoby, dajemy jej szansę poznania prawdy o nas.
Cóż z tego, ze to czasem boli… Skoro kochamy to boli. Miłośc nie przestaje być piękna i cenna wtedy, gdy rani i kłuje. Wręcz odwrotnie.
Przytulamy wszak kaktusa i musimy być świadomi, że bardziej lub mniej boleśniej poczujemy na sobie jego ciernie. Powinniśmy być tego świadomi i nie mieć wtedy pretensji ani do kaktusa, ani do losu.
Trzeba ufać, że warto. Więcej.. trzeba być o tym głęboko przekonanym.
Pewnego dnia okaże się, że potrafimy przesadzić kaktusa i się nie pokłuć.
I wtedy nasza miłość osiągnie ten trzeci etap…stanie się nietykalna!

Stoję przed tobą…

Jak.. No jak, kochanie?
Jak można inaczej, delikatniej, piękniej?
Stoję przed tobą spokojna i cicha. Stoję z uśmiechem i marzeniem w oczach. Stoję pełna pragnienia i oczekiwania.  Mówisz:  „piękna, doskonała…” Mówisz: „Venus, Afrodyta”. A ja… ja jeszcze nie wyszłam z morskiej piany!!! Jeszcze się stwarzam i splatam obrazy, chwile, prawdę swojej codzienności najpiękniej jak potrafię. Mówisz, że masz mój obraz w swoich dłoniach. Zamykasz oczy i czujesz moje ciało. Zarys piersi, talię, linię bioder… Znasz każdą zmarszczkę na mojej twarzy… Otulasz mnie ciepłem, dobrocią i troską serdeczną. Znasz każdy odcień moich oczu. Wiesz, co zwiastuje – deszcz łez a co burzę śmiechu. Znasz mnie tak dobrze, jak nikt nigdy i jak nikt inny. Tobie zaufałam tak po prostu i dopiero potem okazało się, że w pełni na to zasługujesz. Pokochałam cię za nic. Po prostu za to, że jesteś, a potem okazało się, że trudno istnieć piękniej niż ty. Zaciekawiłeś mnie do obłędu, zafascynowałeś. Potem okazało się, że kryjesz w sobie o wiele więcej tajemnic, niż przypuszczałam i jest w sobie wiele do odkrycia.
I dlatego po czterech latach stoję przed tobą w milczeniu i tylko patrzę… a ty..! Ty szalejesz i … „tupiesz nogami”!
I wiesz, co lubię najbardziej? Wiesz!
Tak kochanie, najbardziej lubię te chwile „przed zjedzeniem miodku”. Ten moment, w którym przytulasz mnie do siebie nagą tak mocno, najmocniej jak potrafisz. Gdy dotykasz każdego kawałka mojej płonącej skóry od palców u nóg do czubka głowy. To niesamowite uczucie, gdy nasze nagie ciała wtulają się w siebie tak, jakby nic poza nimi na świecie nie istniało. Nie ma w tym żądzy, nie ma pustego zatracenia. Jest tylko czułość niezmierna i bliskość tak ogromna, że zadziwia nas samych. Tę chwilę moglibyśmy przeciągać w nieskończoność. Oboje wtedy czujemy, jak opada z nas wszystko co stanowi naszą nieprostą codzienność. To w tej chwili topimy smutki i troski. W tej chwili zamykamy nasze pytania z nieprostymi odpowiedziami. To w tych chwilach znajdujemy zaspokojenie wszystkich naszych pragnień. Wtuleni w siebie trwamy tak, jakby czas nie istniał.  Jednak nasze ciała powoli zaczynają domagać się więcej, głębiej, mocniej… i budzą się do życia, do tańca, do działania do… kochania. I dotykam cię najpiękniej jak umiem, a moje ciało klęka przed Toba w uwielbieniu i zdziwieniu. Dotykam cię niezmiennie tak samo i zupełnie na nowo. A ty wiesz, że ten dotyk zakończy się drżeniem. Tak, drżę przed tą mocą, tą delikatnością, tą oczywistością i tą tajemnicą, którą w sobie kryjesz i którą odkrywam jednym, delikatnym pocałunkiem, przytuleniem do policzka… Ta chwila to moje… to nasze sacrum! Nie ma nic świętszego od niej, nic bardziej tkliwego, delikatnego i czystego niż ona. Ta chwila sama w sobie jest zupełnie doskonała i nie potrzebuje niczego więcej, a przecież to „więcej” następuje, bo oto zrywa się do lotu pragnienie! Pragnienie bezkresne jak przestrzeń i tak szalone jak my. Więc pochylam się nad tobą i spełniam swoje marzenia. Drgnięcie po drgnięciu, szept po szepcie, pocałunek po pocałunku … byś był, byś czuł, byś zatracił się w rozkoszy. Z dłońmi pełnymi moich kształtów byś tylko czuł… Ten jeden moment, który trwa w nieskończoność. Codziennie inny i codziennie ten sam… jedyny, niezmienny, cudowny. Moment, gdy stapiamy się w jedno. Moment, gdy odkrywam w tobie to, co od dawna obecne. Twoje marzenie i twoje przeznaczenie.
Jesteś i czujesz.
Jesteś… tu i teraz i tak bardzo, że brakuje ci tchu.
A ja znikam w tobie, choć ty już dawno zagubiłeś się we mnie bez reszty.
Czas przestał istnieć już dawno temu. Gdy dotykasz mnie słowem na dzień dobry, gdy witasz uśmiechem i oczyma pełnymi gwiazd całując na zapas, abym w pracy tęskniła ciut, ciut mniej. Gdy przytulasz na pożegnanie w samo południe a potem mówisz mi dobranoc, gdy po pracy docieram do domu. Wtedy czas biegnie nieubłaganie, a zarazem zupełnie niezauważalnie. Ale gdy staję przed tobą i patrzę ci w oczy czasu nie ma, świata nie ma… Jesteś ty i ja. Czas się wstydzi płynąć, aby nie wyznaczać końca temu co piękne i doskonałe.
I tak jest dobrze…
I tak być powinno…
I wkrótce spełni się to, na co czekamy tak  długo i z taką nadzieją…
Czas nie będzie już przeciekał nam przez palce, ale pójdzie z nami krok w krok, ręka w rękę. Pójdzie tam, gdzie jest prawda i miłość i marzenia zupełnie proste i tak piękne!
I pójdzie z nami ta prawda, że wystarczy tylko jedno: … kochać!
Po prostu szczerze i prosto kochać!

Zielono mi i niebiesko… i tęskno!

Jak opisać te dwa ostatnie dni… zielono mi i niebiesko! Kilkukrotnie chciałam już jechać na anomalia, ale zawsze coś stawało na drodze. Teraz jednak nie było mowy o wykrętach, bo miały się one odbyć w moim rodzinnym mieście. Przy okazji odwiedzę rodziców i zobaczę na czym to wszystko polega. Team wspaniały, z liderem Romiszcze na czele. Częstochowa, Bytom, Lublin, Katowice, Warszawa, Chorzów… piekielna mieszanka. Nie będę opisywała szczegółów gry i zaciętej walki…, ale jedno jest pewne, kogo tam nie było niech żałuje. Tam się dopiero czuje siłę i rozmach i piękno tej gry. Ingress – taki malutki zarazek, który raz dotknięty za cholerę nie chce odczepić się od ciebie. Jak masz doła poczeka spokojnie a potem znowu wyciągnie cię na spacer i do ludzi. Mieliśmy jedno z piękniejszych miejsc – tuż u stóp Zamku Książąt Pomorskich. Broniliśmy pomnika i wieży, a potem kolejnych trzech portali, a potem biegaliśmy za tymi bonusowymi, które pojawiały się znienacka.. no prawie, jakieś tam przecieki do nas docierały, troszkę logiki i szybkie ustalenie strategii. My biegaliśmy za portalami a za nami biegali niebiescy. Kto pierwszy ten lepszy… obronić portal było dużo łatwiej niż go przejąć. I tylko co chwila komendy: axa, deploy, tarcze, strzelamy…. Każdy wiedział od czego ma w tej grupie swoje dwa paluszki (ja miałam cztery – bo Głoduś wisiał na smyczy i dzielnie wspierał nasz team. A przy tym wszystkim dużo śmiechu, zabawy, żartów… zielono, niebiesko… wspólnota. Tak, wspólnota. Nie sposób zapamiętać wszystkich twarzy, imion i Nicków. Anka (SzalonaAnA), Maciek (Usagi91), Magda (ChilliKitty), Tomek (TensorNishruu),Grzesiek (Dziformaktu)… to szczególna piątka, z którą do późna buszowaliśmy po nocnym już Szczecinie w poszukiwaniu Dżwigozaurów… Tak chciałoby się zatrzymać tych ludzi na dłużej. Tak fajnie byłoby móc z nimi szaleć dalej, bez ograniczeń. I właśnie dlatego wiem, że będę jeździła częściej. Jeśli tylko kasa pozwoli, będę tam, na następnych anomaliach i na kolejnych… Ania zaprosiła mnie do nich, do Katowic… jest tam kilka misji, które muszę zrobić… i to koniecznie.
I wszędzie te tłumy naszych… i tych z biało czerwoną duszą i tych zza najbliższych granic… bez znaczenia. Nikt się nie mijał bez uśmiechu, pozdrowienia, pytania o to jaką mozaikę robimy. Miasto było nasze. Polskie Radio Szczecin, TVP regionalna… pełno nas było wszędzie. Najfajniejsza była reakcja ludzi… zagadywali zaciekawieni. Przy Placu Grunwaldzkim zatrzymali się przy mnie rowerzyści i jeden z panów, cokolwiek wesolutkich zapytał: – ale o co chodzi, skąd wyście się wzięli? Odpowiedziałam mu ze śmiechem, że z zieloności totalnej i pobiegłam dalej. Knajpki, restauracje…. taki prozaiczny gest jak udostępnienie WC, jak spokojna chwila odpoczynku przy stoliku bez zamawiania w zamian za opowieść o tym, co my tu właściwie robimy w takiej masie i czemu latamy w taki upał jak zakręceni. Fajne miałam te moje pierwsze imieniny!
Szkoda tylko, że te najpiękniejsze życzenia dotarły do mnie tylko przez telefon. To, czego życzyłabym sobie w ten dzień to twoje kochanie ramiona do wtulenia. Ale za chwilkę się w nich schowam, caluteńka, jak zawsze. I opowiem ci to wszystko, czego nie da się przelać na papier, co ukryte gdzieś tam, między wierszami… Tęsknię, ale przecież takie króciutkie rozstania są każdemu z nas potrzebne. Warto za sobą zatęsknić… tak jak o tym napisałeś i mówiłeś. Cudownie jest słyszeć w słuchawce głos pełen tęsknoty i wiedzieć, że na nasz powrót do domu ktoś czeka aż tak bardzo i tak niecierpliwie.
To były bardzo dobre dni… piękne, zakręcone i owocne…

rozważania o świcie

Piąta rano to piękna pora. Świat jest jeszcze taki dziewiczy, nietknięty gwarem i hałasem miejskiego życia. Uwielbiam spacery o tej porze. Sierpień sie kończy i noce należą już do jesieni, która zaczyna toczyć z latem piękną i kolorową wojnę. Ostre powietrze, rosa, wilgotne po nocy drzewa i cudowny blask słońca sprawiają, że świat wygląda jak najpiękniejszy diament. Otulona ciepłym szalem chłonę takie obrazy i zatrzymuję je w sercu na długo. Uwielbiam takimi spacerami witać nowy dzień. Uwielbiam patrząc prosto w słońce porządkować swoje serce, szykując je na nowy dzień. Dzisiaj rano nie znalazłam w sobie niczego poza szczęściem. Bo tęsknota i konieczność krótkiego rozstania z kimś kochanym to również szczęście. Jak okropnie byłoby nie mieć za kim tęsknić, kogo kochać. Jak okropnie byłoby żyć w świadomości, że nikt za mną nie zatęskni, niezależnie od tego czy wyjadę do godzinkę do Włoch pod Warszawą, czy też na tygodniową włóczęgę po włoskich Dolomitach. A ja mam tych osób całkiem sporo. Jest też kilka osób, które już od kilku dni cieszą się, że będę w Szczecinie. Długo przekładane spotkanie z Beatą, potem Marek i dziewczyny, może też i Grażka. Wizyta u mojej chrzestnej, tak bardzo chorej, że być może będzie ostatnia okazja na rozmowę… To wszystko sprawia, że jestem szczęśliwa. I jestem spokojna o siebie i swoje życie. Ludzie często myślą, że szczęście musi uśmiechać się od ucha do ucha, a to przecież nie tak. Szczęście jest schowane w naszej codzienności. Tą, która kiedyś była dla nas oczywistym jego źródłem, a teraz, niestety, już jej nie zauważamy. A ona nadal jest powodem do szczęścia. Zakochujemy się, kochamy, budujemy dom i tak bardzo się tym cieszymy… ale po paru latach nie zostaje w nas często nic z tej radości. Nie dlatego, że przestaliśmy kochać, że dom nam się rozpadł… ale dlatego, że pozwoliliśmy sobie na przyzwyczajenie się do szczęścia. I zrobiliśmy to tak doskonale, że przestaliśmy je dostrzegać!!! I często niestety właśnie przez to coraz bardziej się od niego i od siebie oddalamy, dom zaś staje się klatką, która coraz bardziej nas ogranicza. To tak, ja ze zdrowiem. Kto wstając rano cieszy się, że jest zdrowy i dziękuje za to życiu z całego serca?! Ale, gdy coś zacznie w nas szwankować … o tak, wtedy bycie zdrowym wydaje się najpiękniejszą rzeczą na świecie. My ludzie mamy jedną okropną wadę… rzadko kiedy cenimy to, co właśnie mamy. O wiele częściej skupiamy się na zdobywaniu tego, co jeszcze nie nasze i tęsknieniu za tym, co w naturalny sposób pozostawiliśmy za sobą. I myślę tu zarówno o duchowych jak i o materialnych rzeczach. To tak trochę ja z archeologią. To co teraźniejsze jest bezwartościowe, to co straciliśmy wydaje nam się bezcenne. Ja od zawsze, odkąd sięgam pamięcią miałam to poczucie, że życie jest cudowne i jest darem specjalnie dla mnie. Jednak za zrozumienie, jak cudowne jest takie myślenie, musiałam zapłacić ogromną cenę. Ja wiem, jakie to ważne. A wy? Czy nadal potraficie cieszyć się np. szumem swoje zmywarki, bo dzięki niej możecie z kubkiem pysznej kawy usiąść w fotelu z dobrą książką w dłoni, zamiast stać przy zlewie i pracować. Czy cieszą was takie prozaiczne rzeczy? Głupie pytanie? Nie, nie głupie. To właśnie dzięki takim „drobiazgom” nasze życie od samego rana ma powód do uśmiechu od ucha do ucha. A jeśli życie się do nas od rana śmieje, to i my śmiejemy się do niego, do ludzi… do tych chwil, które przed nami. I łatwiej dać sobie radę z tym, co trudne, problematyczne. Czy po kilku latach związku nadal wstajecie z radosną myślą: kocham, jestem kochana… jakie to cudowne!? Czy nadal wzrusza was ten człowiek śpiący spokojnie tuż obok? Czy to wzruszenie zamienia się w delikatny uśmiech na twarzy i poczucie, że wszystko jest dobrze, dopóki on jest obok? A może już tego nie zauważamy? Może, gdy trzeba wstawać nasze myśli krążą jedynie wokół tego, co trzeba zrobić przed wyjściem i jakie obowiązki czekają na nas w pracy. Myjemy się, jemy, ubieramy, robimy się na mniejsze lub większe bóstwo i ruszamy w drogę do pracy. Przelotny całus, kilka zamienionych zdań o tym, co pilne i o czym nie można absolutnie zapomnieć… Nie ma czasu na myślenie o cudowności tego, że ten człowiek obok nas, to ten którego nadal kocham, jeszcze bardziej kocham i który kocha mnie równie mocno… ? Nie ma czasu, bo rano jest go tak niewiele??? To może warto nastawić budzik 10 minut wcześniej i poleżeć sobie te ukradzione nocy minuty z zamkniętymi jeszcze oczyma, ale otwartym sercem, aby ogarnąć, jakimi szczęściarzami jesteśmy. I bardzo szybko odkryjemy, że nawet jeśli akurat mamy w życiu pod górkę z tego czy innego powodu, to o dziwo, jesteśmy nadal szczęśliwi. Problemy wcale nie wykluczają bycia szczęśliwym. Trzeba tylko umieć w sobie, a nie w tym, co nas spotyka, odnaleźć jego źródło. Oto cała tajemnica tego, że rano jestem szczęśliwa. I nie umiem, po prostu nie umiem znaleźć żadnego powodu do zmartwienia.
Warto wstać wcześnie rano i uporządkować myśli…
Ja tak robię, nawet jak zaśpię (co nieczęsto się zdarza, bo mój budzik dzwoni zawsze 20 minut przed czasem) to rezygnuję ze śniadania, bo je mogę zjeść w pracy. Nigdy jednak nie rezygnuję z podejścia do okna, popatrzenia na budzący się dzień, na zachwyt delikatnością słońca lub brajlem deszczu na szybach… to napełnia mnie takim prostym poczuciem szczęścia, spokojem i niecierpliwością, aby już dorwać się do tego dnia i nacieszyć się nim, nakarmić. Gdy jeszcze akurat mam wolny dzień i mogę usiąść przy rozjaśnionym lub zapłakanym oknie z kubkiem dobrej herbaty to… czego trzeba mi więcej, aby dotknąć nieba? Mam przed sobą nowy dzień… sprawy, które muszę pozałatwiać i najcudowniejszą rzecz… świadomość, że z resztą czasu mogę zrobić co zechcę! Zwykle mam wiele opcji i ciągle się tą różnorodnością cieszę.
Gdy patrzę na swoich bliskich, swoich znajomych, przyjaciół to czasami bardzo żałuję, że nie wszyscy potrafią zatrzymać się w tym biegu, który podjęli najpierw dobrowolnie i dla własnej przyjemności, a teraz biegną ze strachu, że gdy zwolnią lub się zatrzymają to życie im ucieknie i już go nie dogonią.
Ja nie lubię biegać! I może w tym tkwi cała siła i moja moc?
Tak więc siedzę sobie dzisiaj w pociągu, Głoduś siedzi na półce obok darmowej kawy i patrzy na mnie, a pyszczek mu się śmieje! Włodek jest coraz dalej z każdym chwilą, a przecież jest tak bliziutko, tuż obok całym jego kochanym sercem. Nie lubię się z nim rozstawać na tak długo. Nie lubię tracić z oczu jego roziskrzonych, kochających oczu. Nie lubię wysuwać się z jego ramion ze świadomością, że nieprędko znowu się w nie wtulę. Ale przecież cała jego miłość jest ze mną. Codziennie rano budzę się z tą cudowną myślą, że ukradniemy z naszego kolejnego dnia jak najwięcej dla siebie, że damy sobie to, co możemy najlepszego. Wszystko zamyka się właśnie w tej cudownej świadomości, że cokolwiek przyniesie dzień, poradzimy sobie z tym i będziemy czerpali pełną garścią z naszej jedności, bliskości, czułości… i tak, również z naszego pożądania, z naszego wiecznego niezaspokojenia. Wkrótce minie nam kolejny rok, gdy jesteśmy razem… to już tyle lat! Lat trudnych, pełnych zmian, walki, szukania rozwiązań, upadania i wstawania. Dzięki jego mądrości, jego wierności i pewności jego uczucia dałam radę rozwinąć skrzydła i odszukać w życiu to, co najważniejsze. Gdy patrzę na niego czuję ogromną wdzięczność do losu, że obdarował mnie takim właśnie człowiekiem. Mądrym, wyrozumiałym, ale i wymagającym, choć szanującym moją wolność. Człowiekiem pięknym i ciekawym a zarazem bardzo zwyczajnym. Kocham w nim pasję życia i ciekawość świata i ludzi. Nigdy nie nasycę się rozmową z nim. Niezależnie od tego ile mamy na nią czasu, nigdy nie mamy go wystarczająco wiele, by nie zostało już nic do powiedzenia. Temat przechodzi w temat, pytanie rodzi pytanie… i tak bez końca.
Kocham go, po prostu i aż. Tak zwyczajnie, na każdy dzień i na każdą pogodę. Świadomość, że rano usłyszę jego głos, sprawia, że wszystko staje się takie proste i takie cudowne. Przesadzam… nie! Tak po prostu jest i z roku na rok jest lepie! I z roku na rok, coraz bardziej i mądrzej kochamy i coraz bliżej nam do siebie nie tylko ciałem, ale duszą, myślą i pragnieniem. I o to właśnie w życiu chodzi. Zamierzałam napisać, że o taką miłość warto prosić los czy też Boga. Jednak to nie tak… o taką miłość należy prosić siebie samego. Przecież to my, choć dostajemy tę miłość od drugiej osoby w prezencie, za darmo, mamy moc ją uskrzydlić albo upodlić. Wybór zawsze należy do nas. Tu nie ma czego zwalać na innych. My kreujemy naszą miłość a tym samym nasze szczęście. Warto o tym pamiętać patrząc wieczorem w lustro. Warto się zapytać, co zrobiliśmy z tym dniem… Ranki są pełne nadziei, wieczory mogą wszystko… Nad nocą nie mamy żadnej władzy, ona zamienia dzisiaj we wczoraj…

moja twoja wina

cholera jasna!!!
jak to cudownie czuć stale takie pożądanie i miłość
jak to zajefajnie czuć się nieustannie pożądaną i kochaną
I mam w nosie rozważania co bierze się z czego -
miłość z pragnienia, czy pragnienie z miłości?!
Wszystko mi jedno – my pławimy się zanurzeni po szyję w jednym i drugim
Wczoraj, w przerwie na oddech pomiędzy kochaniem,
zastanawialiśmy się kto z nas komu daje znak, że to jest właśnie to miejsce,
że to jest właśnie ta chwila, kiedy rozkosz sięga po nowe, po nieznane
a tak do bólu sprawdzone i oczywiste
I na śmiechu poprzestaliśmy!
Bo tu nawet najwyższy sąd nie jest w stanie rozsądzić
kto jest winny!
A szkoda, bo jaka to piękna byłaby wina
i z jaką błogością można byłoby się tarzać w poczuciu tej winy!!!

od przybytku nie boli

Porobiło się w moim życiu, jakoś tak okropnie dobrze, wręcz niemożliwie!
Facet do bólu kochany, kochający i ciągle nienasycony i tak po prostu codziennie obecny!
Praca – a nawet dwie – i bądź tu babo mądra, co wybrać i jak nie czuć żalu, że wybierać się musi!
Kasa w końcu spokojna i stabilna, jak nigdy – więc odrobina szaleństwa jak najbardziej dozwolona!
Świat piękny i cały do zakochania: słońce, błękit i… via ferrata w ten weekend!!!
I w tym wszystkim ja – ciągle głodna, ciągle niezaspokojona, ciągle chcąca dalej, wyżej i głębiej..!
Mówią, że od przybytku głowa nie boli… fakt, zupełnie bezboleśnie żyje się w takim stanie.
Dlatego głowa do góry i uśmiech dookoła głowy kochani, bo życie czeka, aby się nam oddać, jak doświadczona kochanka -
tylko opróżnijmy ręce i serca, aby było je gdzie upychać i czym mocno trzymać!
I pamiętajcie – szczęście i błogostan nie boli!

po burzy…

W naturze po burzy zawsze wychodzi słońce, a niekiedy nawet rozbłyska na niebie tęczą.
W mojej bajce po burzy słońce się obraziło na ziemię, choć ta nie ma nic wspólnego z burzowymi chmurami i choć to nie ona dała się tym chmurom przegonić!!! Ziemia nie zrobiła nic, a słońce z całym rozmysłem schowało się za chmury, których ponoć nie lubi, i które są prawdziwymi winowajcami całej tej sytuacji…
Mówią, że słońce z natury niesie radość i ciepło. W mojej bajce słońce całą radośc i ciepło zabrało pod pachę, jak obrażony przedszkolak pluszowego misia. Ziemia nie ma żadnej możliwości wyciągnięcia go zza tych chmur, choć tak bardzo potrzebuje by wyszło zza nich, by było, by zaświeciło i wysuszyło jej kałuże… Bez niego przecież nie ogrzeje zmokniętego serca i nie pozbiera rozwianych wichurą myśli!
Jak pusta jest ziemia bez jego radosnego, jasnego pocałunku!!!

Na szczęście wiem doskonale, że te chmury są jak mgła… Odejdą wraz ze świtem. Nie mają innego wyjścia. W mojej bajce ziemia nie może istnieć bez słońca, a ono nie umie żyć bez niej. W mojej bajce, ono jest całe dla ziemi. Odkąd nad nią zaświeciło jest całe oddane tylko jej. Dba o to, żeby było jej dobrze, ciepło, bezpiecznie i aby wszystko na niej tętniło życiem. Wielokrotnie jest bardzo zmęczone wędrówką, wielokrotnie przeżywa burze słoneczne i wrze… ale potem uspokaja się i wraca do siebie i do niej. Do swojej ziemi obiecanej. Choć ta niejedną ma górkę i niejedną dolinę niekoniecznie miodem i mlekiem płynącą. A przecież właśnie taka różnorodna, właśnie taka nienajprostsza jest najprawdziwsza i najpiękniejsza. Uwielbia pieścić ją swoim dotykiem delikatnym jak poranek, dojrzałym i gorącym, jak samo południe i leniwym, rozespanym jak wieczór pełen spokoju i spełnienia. A ziemia… właśnie taka, zielona aż do obłędu, a zarazem pełna pustyń i kałuż, cała jest oddana słońcu i bez pamięci w nim zakochana. A ono jest dla niej błogosławieństwem nawet gdy pali za bardzo, gdy wysusza jej zieone oazy i zostawia zmarszczki na pustyniach. Nawet gdy świeci tak krótko, że ziemia pokrywa się szronem. Jest dla niej wszystkimi jest dla niem tym najlepszym, co jej się mogło przydarzyć. Więc ziemia nieustannie trwa w dziękczynieniu za każdy jego promyk i jest dumna gdy widzi, jak każdego ranka słońce wstaje w coraz większym blasku, coraz silniejsze
W mojej bajce każda burza – i ta słoneczna i ta ziemska kończy się spokojnym letnim porankiem…
I to jest to, co każda bajka mieć powinna – morał!
Ziemia i Słońce są sobie przeznaczone. Od zawsze, od początku świata należą do siebie i istnieją tylko razem. Ona zawdzięcza mu życie, on zawdzięcza jej sens swojego istnienia. I tak jest dobrze… bardzo dobrze!

Zatęsknić za swoim uśmiechem…

- „Chciałbym uśmiechać się tak pięknie jak pani, ale pani zeszła z nieba, a dla mnie tylko piach, tylko śmierć dookoła…” – powiedział mi przed chwilą na przystanku pewien bezdomny. Choroba zabrała mu uśmiech, groteskowo wykrzywiła nos, sparaliżowała policzek.
- „Widzi pani, ja jestem dobry człowiek. Ja lubię pomagać. Chciałem pomóc kilku osobom, ale mi się nie udało. Wszyscy umarli. Pani jest piękną kobietą. Niech pani mi powie: zeszła pani z nieba? Jest pani Aniołem. Ze mną nikt nie chce rozmawiać, a pani ze mną rozmawia! Ja nie mogę się uśmiechać, wie pani. Mam sparaliżowany policzek. A pani się tak pięknie śmieje. A ja… odkąd się nie śmieję wszyscy moi przyjaciele umierają. Mikołaj, moja dziewczyna Iwonka.. i drugi Mikołaj… niech to sie w końcu skończy! Ciągle czuję jego, Mateusza, ostatni oddech. Umierał mi na kolanach… Niech to się skończy, proszę pani, bo trudno wytrzymać. Pali pani, nie?… to dobrze. A pani ze mną rozmawia, pani musi być z nieba!”

Co tu dużo mówić: padał deszcz, a ja stałam w śroku kałuży i cieszyłam się ciepłym, nocnym oddechem lata. W ustach miałam smak morwy, która rośnie nieopodal mojego biurowca. Czego mi brakowało do szczęścia! Niczego, poza pewnym kochanym facetem, który chwilowo mi emigrował. I nagle ten człowiek, który w odróżnieniu ode mnie nie wracał do domu, sprawił, że moje poczucie radości się ustokrotniło. Może nie mam kasy, nie mam własnego domu, też jestem praktycznie bezdomna, ale mam dwie zdrowe (prawie) ręce, mam dwie zdrowe (prawie) nogi, kupę inteligencji w nienajbrzydszej głowie więc… mam powód do uśmiechu.
I tak sobie pomyślałam… jaki to mądry człowiek.
Gdy wsiadałam do tramwaju i życzyłam mu dobrej nocy uśmiechnął się do mnie oczyma i pomachał ręką. Żegnały mnie jego ciepłe słowa… – „Do widzenia, niech pani na siebie uważa wracając do domu. Jest już późno.”
Odjechałam a On został na przystanku. Będzie pewnie siedział nadal w tym samym miejscu, w którym go zastałam. Tramwaje przyjeżdżają i odjeżdżają, a on siedzi, bo tu wiata i nie pada.
Biedny, bezdomny człowiek a tak wiele mi dał. Zawsze wiedziałam, że jestem szczęściarą, ale teraz uświadomiłam sobie, to mocniej niż kiedykolwiek. I chcę, abyście nie przeszli nad tym tekstem obojętnie.
Nie kochani, nie tym razem…
To, o czym tu piszę jest bardzo ważne dla każdego człowieka.
Pewnie nigdy nie dowiecie się, jak to jest być bezdomnym. Nigdy nie dowiecie się, jak to jest zatęsknić za swoim uśmiechem. Nigdy nie dowiecie się być może, jak to jest, gdy ktoś ważny i kochany odchodzi w jednej chwili, a wy nie możecie nic zrobić. Obyście się nigdy nie dowiedzieli. Ale właśnie ta niewiedza nakłada na was niejako obowiązek radości. Obowiązek cieszenia się z tego, co macie. Bo teraz życie nas rozpieszcza, ale jak długo?!
Dlatego też napiszę wam dokładnie to, co moim znajomym na FB: Moi kochani znajomi.. gdy jutro rano wstaniecie z łóżka pomyślcie, że wy nadal możecie się uśmiechać! I pomyslcie o głębokiej prawdzie, którą wyraził ten człowiek: bez naszego uśmiechu nasi przyjaciele umierają… więc do roboty!
Uśmiechnijcie się za mojego bezdomnego, a może też i do niego w tej czy innej postaci.
On miał na imię Luca!

Monogamista

Mówisz, że zmienisz moje życie.
Ale najpierw sprawdź,
czy pasują na ciebie sukienki poprzedniczki,
a łokcie i pośladki
(uwielbiałem gdy opinały je ubrania)
odciskają w tych samych miejscach fotela.
Czy szminka rozmazuje się w tym samym miejscu
przy piciu z filiżanki.
(Kawa/ Herbata? Chodzi o kształt ust,
odpowiednią długość przytrzymywania ich przy krawędzi naczynia).
Czy sylwetką komponujesz się z miejscami,
w których wyciąłem tamtą na zdjęciach.
Najpierw sprawdź.
A potem…
Potem spójrz z mojego punktu widzenia.
Nie każda zmiana definiuje elementy nowego,
czasem to tylko przewrócenie rozdziału
w tej samej książce.
Przesunięcie o kilka stron bliżej zakończenia.
Dawid Olejnik (Max Rogov)

Rozpalić…

„Każdego dnia zrób coś, co rozpali twoje życie…”

Tak… wartościowa rada i taka…uduchowiona. Nie przyklasnę jej jednak i nie rozpłynę się w zachwycie. Po pierwsze… zakłada niejako, że nic nie robię. Po drugie, co gorsza, zakłada że jeśli nawet coś robię, to nie jest to wystarczające, aby moje życie bylo pełne swiatła. Powinnam więc usiąść teraz i zastanowić się, co by tu takiego zrobić, aby uzyskać ten rozbłysk. Szkoda na to czasu… Nic, co będzie zaplanowane, przemyślane nie wywola efektu „WOW!!!”
Światło nosimy w sobie. Może być ono mniej lub bardziej intensywne, jaskrawe lub nastrojowe, może mieć barwę ciepłą lub zimną. Jednak ono w nas jest. Może nam mocno przygasło, może ledwie się tli. Może nawet nie wiemy, że w tym popiele jest jeszcze żar. Mamy je jednak w sobie. Wszyscy bez wyjątku! Nawet największy łajdak zatrzymuje się na chwilę i czuje, że ma serce, choć traktuje to jak wypadek przy pracy.
Zamiast więc kombinować, co takiego zrobić zdecydowanie polecam pogrzebac w swoim „wczoraj” i poszukać tego swiatła, które rozsialiśmy. A gdy je znajdziemy przypomnijmy sobie, jak cudownie wtedy się czuliśmy. Przypomnijmy sobie swoją roześmianą twarz.Przypomnijmy sobie oczy tych, którym to swiatło podaliśmy. Czasmi zrobiliśmy coś, co wzbogaciło nas samych, a czasami komuś wyprostowalismy choc jeden życiowy zakręt. Przypomnijmy sobie to. A jeśli nie znajdziemy żadnej takiej chwili w naszym minionym dniu… to spokojnie. Ta chwila, która trwa. To, że szukamy… to też jest tym, czego szukamy. To w niej rozpalamy w sobie delikatne światełko. Zatęsknijmy za światlem w sobie i dookola nas. Zima sprzyja temu bardziej niż jakakolwiek inna pora roku. Głowa do góry!!! Światło jest w nas. Może trzeba tylko rozdrapać ochronną skorupkę, aby uwolnic pierwszy promyk. On zrobi resztę. I jeszcze jedno… zaręczam, że światlo jest bardzo zaraźliwe.

A właśnie, że zakochaj się… ze wszystkimi konsekwencjami!!!

Nie zakochuj się w kobiecie, która czyta,
w kobiecie, która czuje zbyt wiele,
w kobiecie, która pisze…

Nie zakochuj się w kobiecie
wykształconej, czarodziejce, rojącej, szalonej.

Nie zakochuj się w kobiecie,
która myśli, która potrafi wiedzieć, zdolnej wzbić się do lotu,
w kobiecie, która ma wiarę w siebie.

Nie zakochuj się w kobiecie,
która śmieje się lub płacze, gdy się kocha,
która potrafi przekształcić swego ducha w ciało, a nawet więcej…
w kobiecie, która kocha poezję (są one najbardziej niebezpieczne)
lub w kobiecie, która może stać pół godziny przed obrazem,
która nie może żyć bez muzyki.

Nie zakochuj się w kobiecie
intensywnej, zabawnej, błyskotliwej, zbuntowanej, zuchwałej.

Niech nigdy nie zdarzy ci się zakochać w takiej kobiecie.
Bo gdy zakochasz się w tego typu kobiecie,
czy pozostanie z tobą czy nie,
czy będzie cię kochać, czy nie,
od takiej jak ta kobiety nigdy nie wrócisz wstecz.
Nigdy.

Martha Rivera Garrido

Zadanie do wykonania.

„Niech każdy nowy rok zastanie cię lepszym człowiekiem” /B. Franklin/

Mam taki sobie mądry kalendarzyk, który przyniósł mi święty Mikołaj na Mikołajki organizowane w pracy. Sama sobie nie kupiłabym lepszego..!
Każdy dzień ma swoje motto, niektóre jakoś tak dziwnie grają z tym, co mi w duszy szepce i sprawiają, że myśli lecą daleko i szeroko.
Ta, Franklina, to przecież podsumowanie moich życzeń noworocznych dla siebie i dla was.
Ja powitałam ten rok w szczególnym nastroju. Pomijam już fakt, że niezapowiedziani goście rozweselili mnie do łez. Dzięki nim zaoszczędziłam własne kocie winko i wprawiłam się na ich koszt w cudowny, lekko kołyszący nastrój. Uwielbiam poznawać nowych ludzi, szkoda tylko, że z takim trudem zapamiętuję ich twarze… Zdecydowanie łatwiej zapamiętuję ich dusze, zwłaszcza gdy są tak zielone jak moja.
Powitałam ten rok z poczuciem, że moje życie jest na właściwych torach. Potrzeba jeszcze tylko pewnej kosmetyki, aby moja bieszczadzka ciuchcia zamieniła się w pendolino. I to nie chodzi o szybkość życia, ale o to, że stało się ono dla mnie cenne samo w sobie. Po raz piewszy tak na serio jest mi dobrze w mojej skórze. Muszę jeszcze sobie wywalczyć to i owo, wypracować jakiś stały rytm, aby nadążyć za tempem, którego moje życie znów nabiera. Ale to, co najważniejsze już się stało. Moje życie po raz piewszy jest naprawdę moje i nie oddam go nikomu, nawet tym, których kocham bardzo i najbardziej!!!
I stąd moje życzenia, które napisałam, dotyczą nie Nowego Roku ale… Nowej Mnie, Nowych Nas.
Nie łudźmy się, Nowy Rok nie przyniesie nam niczego dobrego, lepszego, piękniejszego jeśli to my nie zaczniemy żyć lepiej i piękniej. To dobry moment, aby pomyśleć nad naszym dalszym życiem. Ale to bardzo zły czas, aby oczekiwać, że ono zmieni się tylko dlatego, że na końcu daty w kalendarzu zamiast 6 jest 7.
Początek roku to dobry czas, aby powiedzieć sobie prawdę… całą prawdę. Dobry czas, aby wypowiedzieć przed samym sobą swoje noworoczne życzenia i nadzieje i bardzo dobry czas, aby zaplanować jak je zamienić w rzeczywistość.
Dla mnie ten rok jest wyjątkowy. Nie tylko dlatego, że przekroczyłam magiczną 50, bo jakoś nie przywiązuję wielkiej wagi do swojego wieku. Jest wyjątkowy, bo wchodzę w niego silniejsza niż kiedykolwiek i świadoma tego, co chcę, aby się w nim wydarzyło. A to, czy się wydarzy zależy tylko i wyłącznie ode mnie.
Więc zrobię wszystko, aby kolejny Nowy Rok był szczęśliwy, gdy odchodzący Stary Roczek szepnie mu na ucho – nie zmarnowała mnie..! Dałem jej Czas i … nie zmarnowała go! Jestem z niej dumny!!!

Talent

„Sens życia odkryjesz odnajdując swój talent, a jego cel w dzieleniu się tym talentem”

Spróbujcie pomyśleć o swoich talentach… ale nie tak szablonowo: śpiewam, tańczę, maluję, piszę…
Talentem jest też witanie dnia uśmiechem, widzenie ludzi potrzebujących pomocy, słuchanie…
Jaki macie talent???
Nie wiecie? A może nie chcecie wiedzieć, bo talent to odpowiedzialność!
Talent to ciągle przynaglenie do bycia doskonalszym w tym, co zostało nam dane. To nie zawsze jest proste, to nie zawsze jest bezbolesne. Jednak to zawsze wraca do nas tysiąckrotnie, choć nie zawsze od razu i nie zawsze tak, jak sobie to wyobrażamy.
Jaki więc macie talent?
Ja wiem…
I codziennie od nowa biorę za niego odpowiedzialność

Jaki sylwester taki cały rok…

Jaki Sylwester taki cały rok….!!!

Tak więc, zakładając, że to porzekadło ma moc sprawczą, już wiem, jak będzie wyglądał mój Nowy 2017 Rok.
I tu nachodzi mnie pewna refleksja… czy ja nie mogłam tego Sylwka przeleżeć po prostu na kanapie, w byle jakim ciuchu, i po prostu sobie porobić jedno wielkie nic???

Cholera…. Strasznie pracowity i szalony będzie ten rok!!!
-będę miała loczki na głowie, a w głowie pozytywnie zakręcone marzenia,
-będę chodziła ubrana kolorowo i miała w oczach ten dzisiejszy błękit nieba,
-będę spacerowała po 12 kilometrów dziennie (litości!!!),
-będę trzaskała w ingressie po 400 tys. dziennie (skąd ja tyle itemków wezmę???),
-moje plany będę robiła tylko po to, aby wzięły w łeb i będę tym zachwycona,
-będę się przekonywała codziennie od nowa, że życie ma w zanadrzu schowane zdecydowanie lepsze rozwiązania, niż ja zdołałabym wymyślić,
-będę doświadczała, że nic, ale to zupełnie nic, nie dzieje się bez powodu i że wystarczy tylko trochę poczekać, aby zobaczyć ten powód na własne oczy,
-zdołam wreszcie pogodzić pracę z wypoczynkiem – i to będzie postęp!!!,
-będę miała obok siebie kochającego i pragnącego człowieka, który zupełnie nie potrafi się odkleić ode mnie i który sprawi, że moje życie będzie jeszcze sensowniejsze i pełniejsze,
-będę poznawała nowych, niesamowitych ludzi zupełnie tego nie planując, co wcale nie znaczy, że grono moich znajomych na fb powiększy się nagle i znacząco,
-moje dni będą pełne słońca, a powody do radości będą się rodziły nawet na kamieniu… tak jak na dzisiejszym spacerze,
-będę miała pełną lodówkę i prawo do L4,
I, co najważniejsze, w tym nowym roku
-mój dom będzie pachniał ciastem cynamonowym i pieczonymi jabłkami!,
-moje wieczory będą szumiały winem i szelestem przewracanych kartek mojej własnej książki,
-drzwi w moim domu będą zawsze otwarte na tę piątą stronę świata, w której ludzie są prości i otwarci i cieszą się samym faktem, że wstał nowy dzień!,
-a tuż przed świętami, już na zawsze, mój dom będzie przeżywał inwazję i zagości w nim najcudowniejszy bałwankowy zawrót głowy!

Matko Boska… jak ja dam radę, w moim podeszłym wieku, zrealizować tak ambitny plan???

Ale spoko, ponoć plany mam robić tylko po to, aby życie mi w nich mieszało

Szczęście przychodzi po cichu,..

Życie nigdy nie przestanie nas zadziwiać, musimy mu tylko na to pozwolić. Czasami tak bardzo pragniemy szczęścia, tak bardzo się o nie staramy, tak szykujemy się na jego nadejście, że zapominamy o jednym. O tym, aby zrobić mu w swoim życiu miejsce!
Szczęście jest zawsze ogromne i doskonałe. Tak ogromne, że nie mieści się w naszym światku zakręconym dookoła nas samych.
Chcesz być szczęśliwy – powyrzucaj ze swojego życia to, co cię trzyma w miejscu. Szczęście zawsze jest w drodze do ciebie, musisz tylko ruszyć mu na spotkanie. Tylko tyle… a przecież to dla wielu AŻ TYLE!!!

Podjęłam wyzwanie rzucone mi przez życie! Nie wiedząc jak dalej żyć ze swoją ogromną miłością, postanowiłam od niej odejść. Nie była to łatwa decyzja. Bolało – tak bardzo bolało! Równocześnie czułam się taka wolna. Wręcz niepodległa, jak na listopadową dziewczynę przystało. Tak… zaczęłam żyć. Rzuciłam się w życie jak spragniony wody wędrowiec. Chciałam się nim zachłysnąć. Chcialam napic się za wszystkie czasy. Jednak nie można ani napic ani najeśc się na zapas. Trzeba ruszyc w następne dni z ryzykiem, że znowu zapragniemy. Ze swiadomością, że zaspokojenie może nie byc możliwe. Warto. Tak bardzo warto!!!
Bo najczęściej dopiero wtedy, gdy odsuwamy się od czegoś bliskiego na pewną odległość zauważamy to, co najważniejsze. Czasami tracąc zyskujemy o wiele więcej.
I ja zyskałam! Ktoś kochany zatęsknił za mną do bólu. Do fizycznego bólu, do łez, do bezbrzeżnego smutku. Zatęsknił, nie mógł obejść się bez mojego bycia u swojego boku. Nie mógł nie widzieć moich oczu, nie umiał żyć bez przegadanych godzin. Tak… dopiero, gdy odeszłam przekonał się, że poza mną nie ma świata. Nie ma jego. Beze mnie nic nie ma sensu.
Odchodząc zyskałam więc coś wręcz bezcennego. Poczucie, że wszystko to, co czuję jest również zapisane w jego sercu. Mojego świata bez niego również nie ma. Tak, ta miłość niesie nam masę bólu, masę wyrzeczeń, masę trudnych chwil. A przecież wystarczy, że staniemy przed sobą i wszystko z nas opada. Nie ma smutku, nie ma zmartwienia… są tylko te oczy wpatrzone w moje. Jest tylko to pragnienie wtulenia się w siebie. Pragnienie nie seksu, nie fizycznego zaspokojenia ale tej przedziwnej, tak trudnej do opisania bliskości. Tego czegoś, czego nie przyżywamy i nie przeżywaliśmy nigdy z nikim innym.
Tak, seks jest dla nas bardzo ważny, kochamy się tak często. Kochamy się przy każdej możliwej okazji i szukamy tych okazji z pełnym poświęceniem. Jednak nie seks stanowi o mocy naszego związku.
My jesteśmy w jakimś sensie na siebie skazani. Żadne z nas nie marzy o niczym innym niż o byciu razem… do końca. Nie marzymy o niczym innym jak o wspólnej, szarej rzeczywistości…
Będzie należała do nas, bo (jak mówi moje Kochanie): „Inaczej po prostu być nie może!
Więc czasami warto po prostu zrobić w sobie trochę miejsca… tylko troszeczkę, a to, co zostawiliśmy za sobą wróci do nas piekniejsze i silniejsze.

A teraz

Czas ucieka zdeycdowanie za szybko. Dzień tak szybko się kończy, że szkoda zupełnie czasu na sen.
Ten jednak przychodzi i bierze mnie w swoje władanie nie pytając czy mi to na rękę.
Czy ja naprawdę jeszcze pół roku temu potrafiłam przesypiać całe popołudnia???
Miałam na to czas???
Coś niesamowitego, to się nie mogło dziać!
Ale pamiętam doskonale jak to było zapadać w sen, aby nie myśleć!
Wiele bólu i trudu kosztowały mnie trzy ostatnie lata.
Wiele planów, starań i wiele porzuconych nadziei.
Tak trudno zaczynać było wszystko od początku, potem znowu i znowu…
Chciałam iśc do przodu, a stałam w miejscu wszystkie wysiłki skupiając na tym, aby nie cofnąć się wstecz.
Przeżyłam wiele wojen, tych wielkich i tych małych.
Przyniosły wiele ofiar, zburzyły wiele domków z kart
A teraz…
Teraz biegnę do przodu nie czekając na nikogo i na nic.
Jestem swoja i dlatego bezcenna
Jestem swoja i dlatego mogę nadal kochać i marzyć
Jestem swoja i dlatego mogę ofiarowac swoje serce komu zechcę
Jestem swoja i dlatego wiem, gdzie złożę moją miłość!
Biegnę do przodu… z każdym dniem szybciej!
Biegnę… i o dziwo, nic z tego co ważne nie zostało z tyłu
Miłość i szczęście nawet mnie przegania
A nadzieja i wiara są blisko, tuż obok
A jutro…
Jutro nie wiem, czy przyjdzie i jakie
Ale jeśli nadejdzie to wiem, że na pewno
wszystko z niego wycisnę, do kropli, do dna
przyjmę nawet tę gorzką cząstkę pomarańczy
i zaśpiewam, że ziemia pod nogami tańczy!!!

Rozalia i on

NIECHĘĆ… czy aby na pewno?

Rozalia… Żona, matka dwóch dziewczynek..
On… Mąż, ojciec dwóch dziewczynek.
Tylko, że to zupełnie inne dziewczynki.
Tylko, że to cudza żona i cudzy mąż.
Ona pracowała z nim w jednej firmie. Trafiła na jego zmianę, choć była z tego bardzo niezadowolona. Nie lubiła go zbytnio, nie chciała z nim pracować. Ot, obojętność z przewagą niesympatii
Jemu zależało na tym, aby się dobrze poczuła w jego towarzystwie. Zależało mu na atmosferze w grupie i pomiędzy nimi. Powoli zaczęła z nim rozmawiać. Powoli zaczęło się między nimi ocieplać. W pewnym momencie zaczęła się inaczej ubierać, ba…zaczęła się ładniej ubierać. Zawsze, gdy wchodziła do biura patrzyła na niego, chcąc zobaczyć jego reakcję. Czasami chwalił jej wygląd. Niekiedy, choć wyglądała świetnie, on nic nie mówił tylko patrzył. Wkurzało ją to, że nic nie mówi. Nie wystarczały jej jego spojrzenia. Chciała słów. Wiedział, że chce mu pokazać swoją kobiecość. Czuł, że ubiera się specjalnie dla niego. Niesympatia trafiła do kąta.

WIOSNA…

Czas przemiany. Wiosna dookoła i wiosna w nich. Wracali z pracy razem Powoli to odwożenie do domu przestało być tylko odwożeniem. Trafił się pocałunek, trafiła się rozmowa, trafiło się spojrzenie w oczy. Sympatia rozpościerała skulone dotąd skrzydła
Pewnego dnia umówili się na spacer w miejsce, które potem stało się ich miejscem. Ich „źródłem”. Tam kochali się pierwszy raz. To było coś niesamowitego. Spontaniczny seks, długi seks, wspaniały seks… przeplatany spacerem po łące, gdzie znowu pożądanie wzięło górę i gdzie kochali się kolejny raz. Od tej pory niezależnie od tego, jak często się kochali, ciągle czuli niedosyt, ciągle było im mało. Ich związek opierał się głównie na seksie.
Wymyślili sobie, że będą się kochali w różnych dziwnych miejscach. Kochali się więc w miejscach takich jak: kościół (za każdym razem inny), dworzec autobusowy w stojącym na boku, zepsutym od zawsze autobusie. Kochali się przy drodze w wysokich trawach, kochali się w pracy, gdzie 20 metrów od nich pracowali ich koledzy. Kochali się w autobusach, lasach, w paśniku dla zwierząt na wyłożonym w nim sianie. Na początku wymyślali te miejsca, potem po prostu je dostrzegali i wykorzystywali. W jego bloku były piwnice, pralnie. Pewnego dnia dostał wiadomość, że jest u niego pod domem. Zszedł do pralni, otworzył ją wysłał jej sms, aby weszła do bloku, zeszła do piwnicy, do pralni… poszedł do niej i tam się kochali. Następnym razem, zamiast do pralni, zaprosił ją do pomieszczenia, które określił jako bunkier. Zamknęli się tam i kochali przez kilka godzin. Odosobnienie, zapomnienie i zatracenie. Innym razem był to budynek, w którym mieszkała ona.
Miała takie przyzwyczajenie, że w kalendarzu zakreślała przy każdej dacie kwadraty. Każdy bok kwadratu oznaczał jedno kochanie w tym dniu. Kiedyś pokazała mu swój kalendarz. Był zdziwiony i rozbawiony i trochę zaskoczony ilością kwadratów.
Pamięta pewną imprezę firmową. Gdy już się rozkręciła na dobre, poprosiła go, aby ją kochał… Nie widział możliwości, nie widział miejsca, gdzie mógłby to zrobić. Zaprowadziła go na dach… Tam zobaczył przygotowany koc. Rozalia zaplanowała to w najdrobniejszym szczególe.
Gdy wrócili po 1,5 godzinie wszyscy zasypali ich pytaniami, gdzie się podziewali. Rozalia powiedziała, że byli się kochać. Rozbawiła wszystkich, nikt nie był w stanie uwierzyć w taką ewentualność. Na pozór nadal łączyła ich niespympatia.

DECYZJA…

Pewnego razu, po kochaniu, powiedziała mu, że chciałaby mieć z nim dziecko. Tłumaczyła, że to, co między nimi trwa jest ulotne, może skończyć się każdego dnia. A ona chciała mieć coś, co jej pozostanie. Rozpoczęły się poważne rozmowy. W końcu podjęli decyzję, że tak, że oboje tego chcą. Rozpoczął się trudny czas starania się o dziecko. Chciała mieć z nim syna. Kolejna próba przyniosła oczekiwany efekt – była w ciąży. Kochali się dalej. Wszystko pomiędzy nimi było takie samo, a przecież było zupełnie inaczej. Po 9 miesiącach urodził się Kuba. W momencie urodzenia Kuby ich związek miał dwa latka.

KUBA…
Kuba miał jedną mamę i dwóch ojców.
Kuba miał jedną mamę i… żadnego ojca.
Jeden nim przecież nie był, drugi był, ale go przy Kubie nie było.
Powinnam powiedzieć, że wszyscy byli długo i szczęśliwie, ale czy tak było? Byli razem jeszcze przez pewien czas. Ale wszystko się rozpadało. Pozornie niezależnie od nich, od ich decyzji i wyborów.
Ona przeprowadziła się do nowego mieszkania. On zmienił w międzyczasie pracę i coraz mnie czasu spędzali ze sobą. Potem on wyjechał daleko, poza horyzont jej życia. Coś pękło, coś się zapodziało. Ona miała to, co chciała. On też miał co chciał… Ona miała wszystko, on nie miał nic.
Po powrocie powiedziała mu, że nie mogą się dalej spotykać.
To, co powinno stać się początkiem, stało się początkiem końca.
Stało się tak, jak chciała…. Został jej syn!

RETROSPEKCJA
W ubiegłym roku, po latach… on zobaczył Kubę na facebboku. To było ich pierwsze spotkanie od ich rozstania. Wróciło … wszystko czy nie wszystko… Po co, z jakim skutkiem… To będzie jego tajemnica.
Nigdy nie powstało pomiędzy nimi nic, co można by nazwać miłością. Łączył ich tylko seks. Spędzali ze sobą tak wiele czasu, byli razem w tak wielu sytuacjach, a przecież nie wydarzyło się nic… Nic, poza Kubą!

A kim był Kuba?
Kaprysem kobiety bez skrupułów?!
Obrazem nieodpowiedzialności mężczyzny bez żadnych zasad?!
Kim był? Kim jest?
Osobą żyjącą w jednym wielkim kłamstwie?!
Osobą, której nie dano szansy na prawdę o sobie samym?!
Dlaczego???
A ona i on?!
Czy można być ze sobą tyle lat bezkarnie i nie kochać, nie chcieć zbudować czegoś trwałego?
Czy można do tego stopnia być cynicznym i pozbawionym uczuć?!
Czy można do tego stopnia być egoistą?!
Spytajcie jego… spytajcie jej.
A może to było tak, że ona miała wszystko co chciała. Miała to swoje stałe miejsce na ziemi. Może dostała dokładnie to co chciała. Bogatego męża, który ją kochał, tylko zbyt rzadko bywał w domu, dobry seks z kochankiem, który niczego nie wymagał a potem wymarzonego syna, którego mąż jej dać nie umiał.
A może to było tak, że on miał ciepły dom, był zadbany, nakarmiony. Miał szalony seks, którego nie dawała mu własna żona. Może zapłacił za to synem. Może Kuba tylko pozornie go nie obchodził?
Może…
Nie dowiemy się tego nigdy… to ich, to jego tajemnica!
Tylko oni znają odpowiedź… On i Rozalia

Spełnione życie

Płakać, żałować, rozpaczać?
Umarł Wajda… smutek?!
A może raz spojrzeć na śmierć inaczej…
kochał to, co robił
robił to, w co wierzył
żył zgodnie ze swoją wiarą i swoją miłością…
Może więc zaklaskać w dłonie i krzyknąć – Brawo Andrzej!
Może więc zastanowić się nad tym, jak pięknie żył i jak spełniony odszedł.
Dostał dar i oddał go ludziom pomnożony.
Umierał spokojny…
Może więc płakać i żałować i rozpaczać nad sobą, a nie nad nim
Może więc spuścić ze wstydem głowę patrząc na swoje życie
Tyle dostaliśmy
Tyle mamy w dłoniach i w głowie każdego dnia
Co z tym robimmy?
Tak często nawet tego nie zauważamy, co nam życie rzuciło w serca
Więc tak, zapłaczmy dzisiaj nad sobą, ale tak serdecznie
I wejdźmy w ten nowy dzien z obietnicą złożoną samemu sobie – nie zmarnuję!
Nie zmarnuję już ani jednego dnia ze swojego życia.
Nieważne ile mam lat… muszę być wolna, muszę mieć otwarte serce i duszę
Przede mną jeszcze tyle lat… inni ich nie mają, ja tak!!!
Oddam pomnożone to, co życie mi powierzyło w darze.

przegonić czas

Czas ucieka zdeycdowanie za szybko. Dzień tak szybko się kończy, że szkoda zupełnie czasu na sen.
Ten jednak przychodzi i bierze mnie w swoje władanie nie pytając czy mi to na rękę.
Czy ja naprawdę jeszcze pół roku temu potrafiłam przesypiać całe popołudnia???
Miałam na to czas???
Coś niesamowitego, to się nie mogło dziać!
Ale pamiętam doskonale jak to było zapadać w sen, aby nie myśleć!
Wiele bólu i trudu kosztowały mnie trzy ostatnie lata.
Wiele planów, starań i wiele porzuconych nadziei.
Tak trudno zaczynać było wszystko od początku, potem znowu i znowu…
Chciałam iśc do przodu, a stałam w miejscu wszystkie wysiłki skupiając na tym, aby nie cofnąć się wstecz.
Przeżyłam wiele wojen, tych wielkich i tych małych.
Przyniosły wiele ofiar, zburzyły wiele domków z kart
A teraz…
Teraz biegnę do przodu nie czekając na nikogo i na nic.
Jestem swoja i dlatego bezcenna
Jestem swoja i dlatego mogę nadal kochać i marzyć
Jestem swoja i dlatego mogę ofiarowac swoje serce komu zechcę
Jestem swoja i dlatego wiem, gdzie złożę moją miłość!
Biegnę do przodu… z każdym dniem szybciej!
Biegnę… i o dziwo, nic z tego co ważne nie zostało z tyłu
Miłość i szczęście nawet mnie przegania
A nadzieja i wiara są blisko, tuż obok
A jutro…
Jutro nie wiem, czy przyjdzie i jakie
Ale jeśli nadejdzie to wiem, że na pewno
wszystko z niego wycisnę, do kropli, do dna
przyjmę nawet tę gorzką cząstkę pomarańczy
i zaśpiewam, że ziemia pod nogami tańczy!!!

pozwolić sobie…

Ważne, aby pozwolić sobie na niepowodzenie.
Jesteśmy ludźmi… to żaden sekret!
Można upadać lekko i ciężko – nie ważne.
Ważne, aby natychmiast znowu wiedzieć cel.
Wierzyć, że cel jest nadal przed nami i czeka.
Nie powiem, że trzeba się podnieść natychmiast, bo im bardziej kochamy, im więcej mamy w sobie wrażliwości, tym trudniej nam wstać, otrząsnąć z siebie brud ziemi i iść dalej.
Wstawać można powoli, można nawet upadek wykorzystać na odpoczynek,
ale nie można pozwolić sobie na stracenie z oczu tego, do czego idziemy, do czego dążymy… naszych marzeń
Stracić z oczu marzenia – to dopiero upadek…