… jak w piosence!

Każdy ma swoją Bracką, na której deszcz pada
Skaczę po kałużach, cóż – jestem szalona
Tyle słońca w całym mieście, tylko popatrz
Chodzą ulicami ludzie i ja… rozmarzona

Sny w naszym mieście ponoć najpiękniejsze
Budzikom, zegarom więc śmierć do południa
Autobusy nie czerwienią a złotem migają,
Lecz na rynku jak zawsze Rebeka i studnia

Małe mieszkanko gdzieś na Mariensztacie
A może jednak Żoliborz, bo tonie w zieleni
Podzielimy wszystko pół na pół, uczciwie
I będziemy tacy w słońce zapatrzeni

Więc chodź, pomaluj mój świat
Niech jesień bez ciebie nie przyjdzie w tym roku
Ludziom dajmy najlepsze, a wtedy i nam
Pastorałka biała ześle święty spokój

… nie zapomnisz!

Chodź ze mną na spacer
O brzasku poranka, o księżyca blasku
I nie martw się… zapomnisz
Całuj mnie namiętnie i czule
Na dzień dobry całuj i na noc bezsenną
I nie martw się… zapomnisz
Wtulaj się we mnie spokojnie
Ciesz się ciepłem i ciszą moich ramion
I nie martw się… zapomnisz
Ale nie tańcz ze mną kwadrans po północy
Nie zawiruj w walcu, tangiem nie zapragnij,
Nie poczuj mego rytmu i mego oddechu
Ale nie kochaj mnie gorąco w zapomnieniu
Nie smakuj mego ciała, nie wchłaniaj zapachu
Nie syć się mym jękiem, wygięciem, rozkoszą
Bo choćbyś nawet odszedł daleko, najdalej
Bo choćbyś nie obejrzał się już nigdy wstecz
Moje ciało i taniec będą w tobie zawsze
I martw się… bo nie zapomnisz!

via ferrata czyli nowe oblicze Raju….

Chciałabym przedstawić wam troszke bliżej miejsce, które dla mnie nie do końca jest nowym. Byłam już w tym cudownym świecie skał, wody, wodospadów, drabinek, stupaczek i przygody ukrytej pomiędzy nimi. Jednak tym razem skusiła mnie otwarta w ubieglym sezonie via ferrata Kysel. Ferrata swoją nazwę bierze od wąwozu na wschodnim kraju płaskowyżu Glac, między grzbietami Pirť i Čertova sihoť. Na długości 1,5 km różnica wzniesień wynosi 180 m. Od miejsca Kyseľ-rácestie wąwóz dzieli się na Veľký, Malý i Vysný Kyseľ.
Historia odkrywania wąwozu jest bardzo ciekawa. Chociaż Kyseľ jest położony najbliżej ówczesnego centrum turystycznego czyli miasteczka Spišska Nova Ves (w którym nocowaliśmy), minęło wiele lat zanim pionierzy turystyki dokonali całościowego przejścia wąwozu. Dnia 27 czerwca 1900 roku odbyła się pierwsza wyprawa, ale cały wąwóz udało się przejść dopiero 27 sierpnia 1907 r. Kazimierzowi Kozlowskému wraz z przyjaciółmi. W roku 1925 pracownicy wydziału transportu kolejowego z miasta Spišska Nova Ves zamontowali pierwsze metalowe mostki i drabinki. W 1975 roku członkowie Górskiej Służby udostępnili omijany do tej pory odcinek nad Obrovskym vodopadom. W dniach 16 i 17 lipca 1976 roku przy ujściu wąwozu do Białego potoku szalał pożar, który stopniowo ogarnął całą lewą stronę brzegu Kysel (zboczę góry Pirť). Pożar pochłonął 30 ha lasu. Z tego powodu aż do odwołania zamknięto przejście wąwozem z racji dużego niebezpieczeństwa spadania skał i opalonych drzew. Z racji bezpieczeństwa zdemontowano drabinki, a do zwiedzania udostępniono tylko zastępczą trasę prowadzącą przez tereny nie objęte pożarem – Malý i Veľký Kyseľ. Ponownie otwarto ją w czerwcu 2016 roku, czyli po 40 latach.
My wyruszyliśmy z Cingova, gdzie można również wypożyczyć kompletny sprzęt na ferratę. Bez niego nie powinno się wchodzić na tę trasę. Nie jest to bowiem klasyczna ferrata. Oznaczona jest jako klasa C. Jednak ferrata to praca rąk i nóg. Na ogół na ferratach lina służy jedynie do aserkuracji, tu jest momentami niezbędne trzymanie się jej i to na całkiem sporych odcinkach. Na mokrych ścianach wąwozu nie ma możliwości znalezienia punktu zaczepienia dla dłoni. Dlatego też wędówki bez uprzęży i lonży oraz bez rękawiczek – nie polecam. Początkowo szlak prowadzi wzdłuż Białego Potoku,

Po drodze dochodzimy do skrzyżowania szlaków. Tomasovsky Vyhlad 680m to równocześnie przepiękny punkt widokowy. Stojąc na szczycie prawie pionowej kamiennej skały ma się niezapomniane widoki. Było to miejsce, gdzie chwilkę zatrzymaliśmy się. Nic nie odda poczucia wolności, gdy siedzisz na skraju urwiska, pod nogami tylko powietrze a przed oczyma cudowna dolina skąpana w słońcu.

Po mniej więcej 20 minutach dochodzimy do miejsca, gdzie trzeba wyciągnąć sprzęt i przygotować się do niezapomnianej wędrówki.


I to niestety koniec samej via ferraty Kysel. Czas rozpocząc dalszą drogą do Klastoriska. Pamiętajcie, planując przejście ferratą, że jest ona JEDNOKIERUNKOWA a kara za wędrówkę pod prąd wynosi 60 euro.

Pamiętajcie, że Klastorisko jest otwarte tylko do 17. Potem nie ma co liczyć na picie i pyszności jakie tam serwują. Schodząc z Klastorska w kierunku Cingov mamy okazję minąc łączkę, z której jest cudowny widok na panoramę Tatr Niżnych… niestety Łomnicki Szczyt raz po raz chował się nam w chmurach i tego i następnego dnia.

DSC_2979

a po iście rajskiej panoramie już tylko mordercze zejście w dół. Bardzo wyczerpujące, z dużym spadkiem, po deszczowej pogodzie naprawdę zmęczyło nie tylko mnie. Nadal uwżam, że jak na moje potrzeby to via ferrata powinna zaczynać sie 100 m od wejścia i kończyć tuż pod autokarem. Ale nawet w Słowackim Raju nie ma takich rarytasów. Po drodze jest kilka punktów w kórych warto się zatrzymać i odetchnąć.

Niestety – ta ferrata jest krótka, ale trudno wymagać, aby te niewysokie góry sprawiły mi taką frajdę jak alpejskie ferraty.
Tych, którzy nigdy nie próbowali takiej wspinaczki serdecznie zachęcam, aby zrobić pierwszy krok. Wyjścia są dwa – albo po pierwszej będziecie mieli dość albo, tak jak ja, zakochacie się w via ferratach i pozostaniecie jej wierni do końca swoich sił.
Tego wam serdecznie życzę…

Wystarczy

Wystarczy znaleźć swój wiatr
Na chwilę stanąć w miejscu i rozłożyć skrzydła
Zaufać jego sile i uwolnić myśli
Poddać się wyzwaniu i sięgnąć przed siebie

Wystarczy znaleźć swój deszcz
Na chwilę stanąć w miejscu i nadstawić dłonie
Napełnić je kroplami nienazwanych pragnień
Zaczerpnąć z niego moc ożywiania ziarna

Wystarczy znaleźć swój czas
Na chwilę stanąć w miejscu i zatoczyć koło
Wszystko się zaczyna tam, gdzie się skończyło
I wiara i miłość i ufność i blask

Wystarczy tylko zacząć wreszcie szukać
Na chwilę tylko stanąć, nie na wieczność całą
Nie czekać więc, nie liczyć, zrobić krok przed siebie
Wyrzucić w kąt obawy i wznieść się nad siebie

moja twoja wina

cholera jasna!!!
jak to cudownie czuć stale takie pożądanie i miłość
jak to zajefajnie czuć się nieustannie pożądaną i kochaną
I mam w nosie rozważania co bierze się z czego -
miłość z pragnienia, czy pragnienie z miłości?!
Wszystko mi jedno – my pławimy się zanurzeni po szyję w jednym i drugim
Wczoraj, w przerwie na oddech pomiędzy kochaniem,
zastanawialiśmy się kto z nas komu daje znak, że to jest właśnie to miejsce,
że to jest właśnie ta chwila, kiedy rozkosz sięga po nowe, po nieznane
a tak do bólu sprawdzone i oczywiste
I na śmiechu poprzestaliśmy!
Bo tu nawet najwyższy sąd nie jest w stanie rozsądzić
kto jest winny!
A szkoda, bo jaka to piękna byłaby wina
i z jaką błogością można byłoby się tarzać w poczuciu tej winy!!!

Większa niż marzenia

Zanurzamy się w sobie powoli, po cichu
Oczy mamy zdziwione, że znowu aż tak
Jakoś tak nam do siebie jest blisko, najbliżej
Śmiejemy się radośnie spleceni, wtuleni
Dotykasz mnie od środka, tulisz moją duszę
Ogarniam cię miękkością, otulam rozkoszą
Wspólne mamy dłonie i usta nabrzmiałe
Ciała dawno temu stopiły się w jedność
Nieprzytomne oczy i świadome dusze
To nam się zdarzyło to co nienazwane
Dzisiaj, jutro, zawsze! Zwyczajna i prosta
Miłość nasza nasze przerosła marzenia

Muzyką jestem..

Muzyką wiatru na wantach jestem
Bzyczeniem pszczoły w pełnym miodu ulu
Trzepotem skrzydeł motylich nad łąką
Szeptem strumienia w skalistym wąwozie
Wszystko mi gra w duszy – i kamień i drzewo
Muzyką pełną słońca podszytą mam skórę
Biegnę przez to życie pięciolinią wzruszeń
Bukiet ozdobników układam w wazonie
Więc jeśli pragniesz zasypiać tuż przy mnie
Złap sercem oddech miasta, jego szum i rytmy
Na partyturze zapisz codzienne zdarzenia
Kochaj tylko dur a płacz tylko w moll
Pocałunek niech będzie jak klucz wiolinowy
Od niego przecież wszystko się zaczęło
W tamtym takcie życie zatańczyło walca
Więc wpisałam pauzę i niech trwa na zawsze

Wodo moja…

Dotknęłam ciebie lecz dłonie pozostały puste
Tylko mokre oczy i usta zdziwione
Rzeko moja, głęboka jak błyszczące oczy
Wodo moja, szeroka jak radosny uśmiech
Wczepiona w twój nurt płynę coraz głębiej
Życie mija szybko, jutro goni wczoraj
Przepływam przez skały, spienione zmartwieniem
I zwalniam na mieliznach rozjaśnionych słońcem
Gdzie koniec mojej drogi, dokąd rzeko zmierzam?
Dokąd mnie prowadzisz zadziorna i dzika?
I co na mnie czeka gdy w końcu dopłynę?
Nie wiem, nie chcę wiedzieć, przeczuwam odpowiedź
Szczęście tak jak rzeka rozleje się morzem

ściana

Stoję przed przed ścianą obojętności
Jest wodo i termo odporna
Nie tykają jej łzy samotne
ani serce gorące
Nie kruszy jej troska serdeczna
nie rozwala żadna dobra myśl
I tylko dwa wyjścia
zawrócić z poobijanym sercem
obejść i iść dalej z obolałą głową
… a deszcz za oknem pada ciągle tak samo

od przybytku nie boli

Porobiło się w moim życiu, jakoś tak okropnie dobrze, wręcz niemożliwie!
Facet do bólu kochany, kochający i ciągle nienasycony i tak po prostu codziennie obecny!
Praca – a nawet dwie – i bądź tu babo mądra, co wybrać i jak nie czuć żalu, że wybierać się musi!
Kasa w końcu spokojna i stabilna, jak nigdy – więc odrobina szaleństwa jak najbardziej dozwolona!
Świat piękny i cały do zakochania: słońce, błękit i… via ferrata w ten weekend!!!
I w tym wszystkim ja – ciągle głodna, ciągle niezaspokojona, ciągle chcąca dalej, wyżej i głębiej..!
Mówią, że od przybytku głowa nie boli… fakt, zupełnie bezboleśnie żyje się w takim stanie.
Dlatego głowa do góry i uśmiech dookoła głowy kochani, bo życie czeka, aby się nam oddać, jak doświadczona kochanka -
tylko opróżnijmy ręce i serca, aby było je gdzie upychać i czym mocno trzymać!
I pamiętajcie – szczęście i błogostan nie boli!

Koncentrat

Skoncentrowałam się chyba cokolwiek za bardzo
Zakręciłam sercem tworząc cuda-wianki
Zagubiłam twą drogę, byś nową odnalazł
Pokazałam słońce odbite w kałuży
Czas zagubił wskazówki i stanął jak wryty
Tego jeszcze nie widział, choć stary jak świat
Więc nie pytaj mnie „jak” i nie pytaj „czemu”
Wszystko w tobie ukryte… i piekło i raj!

Kochanie… nie mogłam..!
Po prostu nie mogłam nie zamknąc dzisiejszego naszego dnia inaczej, niż fontanną pełną koncentratu…
Wiem, starczy nam tematu do rozmów na kolejne miesiące…
To nasza przyszłość, którą tak pięknie piszesz sprawia, że dzieją się takie cuda!
A więc.. znowu …. TWOJA WINA !!!
:) :) :)

Fontanna

Jestem fontanną, do której wrzuciłeś swój grosik.
Nie ten złoty, błyszczący jak słońce w południe,
Lecz ten wdowi, miedziany, ostatni, bezcenny
…I spełniłam marzenie stare jak twój świat.
To dlatego wracasz nigdy nie odchodząc.
Pragniesz, chociaż wypełniam całą twoją pustkę.
Ciągle tęsknisz, choć jestem twoją codziennością.
I stajesz się sobą w milczeniu rozkoszy.

Jedna chwila

Usta spuchnięte od twych pocałunków…
Tego trzeba było by wznieść się nad czasem!
On już jest niegroźny, bo pustki nie niesie
Wszystko takie samo a przecież jak nowe
Dłonie takie ciężkie od dotyku ciała
Oczy pełne oczu i pełne zdziwienia
Jedna chwila, a wszytko w niej właśnie zamknięte
ty i ja, i czas i miłość i szczęście

Gotowa na grom

Burza przyszła nieproszona
Pochyliła moje niebo
Zatrzęsła moją ziemią
Potargała moje gałęzie
Rozpłakała moje myśli
Zagrzmiało…
Ale ja już nie taka
Ale ja już wyrosłam
Przyginam się do ziemi piorunem
I wstaję ku niebu tęczą
A gdy nadejdzie kolejna burza
Jestem jeszcze silniejsza
Jeszcze bardziej giętka
I gotowa na grom

Jak makiem zasiał

Noc w głowie makiem zasiała pragnienia
Chodź, połóż się przy mnie – ciemność nie ma granic
Kwiaty pachną czujesz? I wszystkie srebrzyste
Ukradły blask księżyca, dlatego się schował
Wyciągnij dłoń i zobacz czy zostanie pusta
Nie wiesz czy polecisz póki siedzisz w gnieździe
Wolność słono kosztuje i łzy też są słone
Spokój łudzi wygodą, choć ciasny jak klatka
Nie wszystko jest takie, jakim być by chciało
Zapatrz się w tę ciemność, wcale nie jest czarna
Tętni kolorami, głosami, zapachem
Bogatsza niż widać, tylko trzeba milczeć
Trzeba trwać w bezruchu, aby poznać duszę

Kim jesteś…

Jestem wierszykiem na stronie, gdzie zmieści się i drugi
Dziel ze mną białą kratę szeroką jak śnieżne pole
Nienaznaczone niczym prócz ptasich stóp
Przyjdź, dziś!
Oto jest fali dolina sekundę przed gromem
Chwila ciszy po utworze
Przymrozek przed roztopem
Połóż się obok
bądź diabłem i aniołem
Bądź tym, kim jesteś

po burzy…

W naturze po burzy zawsze wychodzi słońce, a niekiedy nawet rozbłyska na niebie tęczą.
W mojej bajce po burzy słońce się obraziło na ziemię, choć ta nie ma nic wspólnego z burzowymi chmurami i choć to nie ona dała się tym chmurom przegonić!!! Ziemia nie zrobiła nic, a słońce z całym rozmysłem schowało się za chmury, których ponoć nie lubi, i które są prawdziwymi winowajcami całej tej sytuacji…
Mówią, że słońce z natury niesie radość i ciepło. W mojej bajce słońce całą radośc i ciepło zabrało pod pachę, jak obrażony przedszkolak pluszowego misia. Ziemia nie ma żadnej możliwości wyciągnięcia go zza tych chmur, choć tak bardzo potrzebuje by wyszło zza nich, by było, by zaświeciło i wysuszyło jej kałuże… Bez niego przecież nie ogrzeje zmokniętego serca i nie pozbiera rozwianych wichurą myśli!
Jak pusta jest ziemia bez jego radosnego, jasnego pocałunku!!!

Na szczęście wiem doskonale, że te chmury są jak mgła… Odejdą wraz ze świtem. Nie mają innego wyjścia. W mojej bajce ziemia nie może istnieć bez słońca, a ono nie umie żyć bez niej. W mojej bajce, ono jest całe dla ziemi. Odkąd nad nią zaświeciło jest całe oddane tylko jej. Dba o to, żeby było jej dobrze, ciepło, bezpiecznie i aby wszystko na niej tętniło życiem. Wielokrotnie jest bardzo zmęczone wędrówką, wielokrotnie przeżywa burze słoneczne i wrze… ale potem uspokaja się i wraca do siebie i do niej. Do swojej ziemi obiecanej. Choć ta niejedną ma górkę i niejedną dolinę niekoniecznie miodem i mlekiem płynącą. A przecież właśnie taka różnorodna, właśnie taka nienajprostsza jest najprawdziwsza i najpiękniejsza. Uwielbia pieścić ją swoim dotykiem delikatnym jak poranek, dojrzałym i gorącym, jak samo południe i leniwym, rozespanym jak wieczór pełen spokoju i spełnienia. A ziemia… właśnie taka, zielona aż do obłędu, a zarazem pełna pustyń i kałuż, cała jest oddana słońcu i bez pamięci w nim zakochana. A ono jest dla niej błogosławieństwem nawet gdy pali za bardzo, gdy wysusza jej zieone oazy i zostawia zmarszczki na pustyniach. Nawet gdy świeci tak krótko, że ziemia pokrywa się szronem. Jest dla niej wszystkimi jest dla niem tym najlepszym, co jej się mogło przydarzyć. Więc ziemia nieustannie trwa w dziękczynieniu za każdy jego promyk i jest dumna gdy widzi, jak każdego ranka słońce wstaje w coraz większym blasku, coraz silniejsze
W mojej bajce każda burza – i ta słoneczna i ta ziemska kończy się spokojnym letnim porankiem…
I to jest to, co każda bajka mieć powinna – morał!
Ziemia i Słońce są sobie przeznaczone. Od zawsze, od początku świata należą do siebie i istnieją tylko razem. Ona zawdzięcza mu życie, on zawdzięcza jej sens swojego istnienia. I tak jest dobrze… bardzo dobrze!

Zatęsknić za swoim uśmiechem…

- „Chciałbym uśmiechać się tak pięknie jak pani, ale pani zeszła z nieba, a dla mnie tylko piach, tylko śmierć dookoła…” – powiedział mi przed chwilą na przystanku pewien bezdomny. Choroba zabrała mu uśmiech, groteskowo wykrzywiła nos, sparaliżowała policzek.
- „Widzi pani, ja jestem dobry człowiek. Ja lubię pomagać. Chciałem pomóc kilku osobom, ale mi się nie udało. Wszyscy umarli. Pani jest piękną kobietą. Niech pani mi powie: zeszła pani z nieba? Jest pani Aniołem. Ze mną nikt nie chce rozmawiać, a pani ze mną rozmawia! Ja nie mogę się uśmiechać, wie pani. Mam sparaliżowany policzek. A pani się tak pięknie śmieje. A ja… odkąd się nie śmieję wszyscy moi przyjaciele umierają. Mikołaj, moja dziewczyna Iwonka.. i drugi Mikołaj… niech to sie w końcu skończy! Ciągle czuję jego, Mateusza, ostatni oddech. Umierał mi na kolanach… Niech to się skończy, proszę pani, bo trudno wytrzymać. Pali pani, nie?… to dobrze. A pani ze mną rozmawia, pani musi być z nieba!”

Co tu dużo mówić: padał deszcz, a ja stałam w śroku kałuży i cieszyłam się ciepłym, nocnym oddechem lata. W ustach miałam smak morwy, która rośnie nieopodal mojego biurowca. Czego mi brakowało do szczęścia! Niczego, poza pewnym kochanym facetem, który chwilowo mi emigrował. I nagle ten człowiek, który w odróżnieniu ode mnie nie wracał do domu, sprawił, że moje poczucie radości się ustokrotniło. Może nie mam kasy, nie mam własnego domu, też jestem praktycznie bezdomna, ale mam dwie zdrowe (prawie) ręce, mam dwie zdrowe (prawie) nogi, kupę inteligencji w nienajbrzydszej głowie więc… mam powód do uśmiechu.
I tak sobie pomyślałam… jaki to mądry człowiek.
Gdy wsiadałam do tramwaju i życzyłam mu dobrej nocy uśmiechnął się do mnie oczyma i pomachał ręką. Żegnały mnie jego ciepłe słowa… – „Do widzenia, niech pani na siebie uważa wracając do domu. Jest już późno.”
Odjechałam a On został na przystanku. Będzie pewnie siedział nadal w tym samym miejscu, w którym go zastałam. Tramwaje przyjeżdżają i odjeżdżają, a on siedzi, bo tu wiata i nie pada.
Biedny, bezdomny człowiek a tak wiele mi dał. Zawsze wiedziałam, że jestem szczęściarą, ale teraz uświadomiłam sobie, to mocniej niż kiedykolwiek. I chcę, abyście nie przeszli nad tym tekstem obojętnie.
Nie kochani, nie tym razem…
To, o czym tu piszę jest bardzo ważne dla każdego człowieka.
Pewnie nigdy nie dowiecie się, jak to jest być bezdomnym. Nigdy nie dowiecie się, jak to jest zatęsknić za swoim uśmiechem. Nigdy nie dowiecie się być może, jak to jest, gdy ktoś ważny i kochany odchodzi w jednej chwili, a wy nie możecie nic zrobić. Obyście się nigdy nie dowiedzieli. Ale właśnie ta niewiedza nakłada na was niejako obowiązek radości. Obowiązek cieszenia się z tego, co macie. Bo teraz życie nas rozpieszcza, ale jak długo?!
Dlatego też napiszę wam dokładnie to, co moim znajomym na FB: Moi kochani znajomi.. gdy jutro rano wstaniecie z łóżka pomyślcie, że wy nadal możecie się uśmiechać! I pomyslcie o głębokiej prawdzie, którą wyraził ten człowiek: bez naszego uśmiechu nasi przyjaciele umierają… więc do roboty!
Uśmiechnijcie się za mojego bezdomnego, a może też i do niego w tej czy innej postaci.
On miał na imię Luca!

brajlem deszczu

Jak dobrze podnieść głowę wysoko do nieba
Pozwolić by deszcz pisał brajlem na mej twarzy
Chwile właśnie przeżyte i te, w które idę
Czerwień słońca pomieszać z księżycowym blaskiem
Nie pytać, nie wołać, nie pragnąć, nie musieć
Zamknąć oczy na wszystko co nie najważniejsze
Podnieść dłonie niepuste, aby się przelało
Dobro, szczęście i piękno… cichutko jak mysz

ciut, ciut za mało…

Tak samo zwilgotniały nam oczy kochany
Tak samo zadrżały ścichłe nagle usta
Myśl zagubiona nie chce wybiec w przyszłość
Kartka w kalendarzu taka jakaś pusta
Przewracać ją będziemy każdą cichą nocą
Tęsknota nam odpędzi i radość i sny
Serce głupie zaboli tak, jak jeszcze nigdy
Bo nie ma ciebie, mnie… jesteśmy My
I nic nie poradzę na to, że mi słońce
Świeci troszkę jakby do góry nogami
Że biegnę za tobą każdą słoną kroplą
Tęsknię, pragnę i czekam… maluję cię snami
I nic nie poradzisz na to, że choć w drodze
To jednak nie cały… serce tu zostało
I pragniesz mnie jak wody, jak ognia, jak cienia
A pamięć mego ciała to ciut, ciut za mało

Zapomnieć…

Jak dobrze móc zapomnieć w twoich ramionach.
Zapomnieć, jak smakuje samotność bardziej lepka niż wata cukrowa.
Zapomnieć, jak smakuje tęsknota, dokuczliwa bardziej niż pchła.
Zapomnieć, jak smakuje marzenie, piękne, słodkie i zupełnie niedostępne.
Jak dobrze móc zapomnieć się w twoich oczach.
Zapomnieć, że muszę zawsze, muszę wszędzie: „bo tak trzeba i już”!
Zapomnieć, że muszę wiedzieć wszystko i umieć wszystko.
Zapomnieć, że muszę idealnie i bezbłędnie, bo tylko wtedy jestem ważna.
Jak dobrze móc zapomnieć się w twojej miłości.
Zapomnieć o fałdkach i celulicie, o zbędnych kilogramach.
Zapomnieć o zwątpieniach, głupich pomysłach i strachu.
Zapomnieć, że zapominać nie wolno!
Zapomnieć i być… Sobą!
Jak dobrze!!!

tak, jakby…

I teraz już wiemy!!!
Wiemym, że:
zastąpić nasze kochanie innym…
zastąpić ciebie lub mnie w naszej jedności..
zastąpić jedną chwilą nasze trwanie…
zastąpić szałem nasze pragnienie…
zastąpić nowością naszą tkliwość…
To utopia!

To tak, jakby ktoś chciał pudełkiem kredek zastąpić tęczę!

d963818a0a2ae64f7c8c56248065e495

… a ja piszę wiersz

Kochasz się ze mną, a ja piszę wiersz
Słowa są zaklęte w dotyku twych dłoni
Przebiegają po mnie niespiesznie, leniwie
Smugą światła pieszczą moje nagie ciało
Nasycasz mnie jak zawsze swym nienasyceniem
Zachłanność wcierasz w skórę, czujemy jak płonie
Zamykasz w kluczu ramion drżenie pożądania
I czekasz bezlitośnie na kolejne „proszę!”
A potem tylko cisza, i tylko spojrzenie
W głąb siebie i ciebie, w naszą niecodzienność
Potem tylko usta szukające drugich
Potem tylko miłość… a ja piszę wiersz

O tak!!!

Gdyby pójść przed siebie prosto jak najdalej!
Wstać, zrobić krok i drugi, nie zawrócić z drogi.
Dotknąć wody wiosłem i bezruch odepchnąć,
Popłynąć w nieznane, bo dusza nim tęskni…

Czemu serce wyrywam z cichej kiedyś piersi?
Czemu tęsknię i za czym? Czego mi brakuje?
O czymś ciągle marzę, ciągle coś przeczuwam…
Szarpię myśli, splątuję, wyrzucam bezmyślne.

Droga mi się marzy szeroka i barwna…
Pełna marzeń, co kiedyś uciekły z mej duszy.
Pełna wzruszeń niepierwszych, ale nie ostatnich
Taka moja, jedyna… jak ja niepodległa.

Monogamista

Mówisz, że zmienisz moje życie.
Ale najpierw sprawdź,
czy pasują na ciebie sukienki poprzedniczki,
a łokcie i pośladki
(uwielbiałem gdy opinały je ubrania)
odciskają w tych samych miejscach fotela.
Czy szminka rozmazuje się w tym samym miejscu
przy piciu z filiżanki.
(Kawa/ Herbata? Chodzi o kształt ust,
odpowiednią długość przytrzymywania ich przy krawędzi naczynia).
Czy sylwetką komponujesz się z miejscami,
w których wyciąłem tamtą na zdjęciach.
Najpierw sprawdź.
A potem…
Potem spójrz z mojego punktu widzenia.
Nie każda zmiana definiuje elementy nowego,
czasem to tylko przewrócenie rozdziału
w tej samej książce.
Przesunięcie o kilka stron bliżej zakończenia.
Dawid Olejnik (Max Rogov)

Malta

Na nowo odszukać co było, minęło
Przypomniec smak i zapach tamtych pierwszych wzruszeń
Poczuć w sobie pierwsze, niewinne kochanie
krąg zatoczyć pomimo wspólnej niepamięci

Stanać obok siebie i otworzyć okno
Wiosnę wpuścić śmiało w jesienne juź życie
Wypić jednych haustem, do dna, nasze zdrowie
Upić się tą chwilą tak, by nie mieć kaca

Zawirować w tańcu jak wtedy, tej nocy
W której gwiazd mniej bylo niż twych pocalunków
Nie poddać się myślom o tym co być mogło
Temu, co być może nie powiedziec – żegnaj.

zanim…

Tak… można poczuć dotyk zanim dłoń obecna
Można poczuć zapach, gdy kwiat jeszcze w pąkach
Oczy ubrać błękitem chociaż chmury ciemne
I karmić się owocem, który jeszcze kwitnie

Tak… zanim mnie dotkniesz płonie we mnie ogień
i biegnę do nieba zanim je otworzysz
wtulam się w ciebie jeszcze w oddaleniu
wiem co nadejdzie jeszcze długo zanim