Jak makiem zasiał

Noc makiem mi w głowie zasiała pragnienia
Chodź i połóż się przy mnie ciemność nie ma granic
Kwiaty pachną czujesz? I wszystkie srebrzyste
Ukradły blask księżyca, dlatego się schował
Wyciągnij dłoń i zobacz czy zostanie pusta
Nie wiesz czy polecisz póki siedzisz w gnieździe
Wolność słono kosztuje i łzy też są słone
Spokój łudzi wygodą, choć ciasny jak klatka
Nie wszystko jest takie, jakim być by chciało
Zapatrz się w tę ciemność, wcale nie jest czarna
Tętni kolorami, głosami, zapachem
Bogatsza niż widać, tylko trzeba milczeć
Trzeba trwać w bezruchu, aby poznać duszę

Kim jesteś…

Jestem wierszykiem na stronie, gdzie zmieści się i drugi
Dziel ze mną białą kratę szeroką jak śnieżne pole
Nienaznaczone niczym prócz ptasich stóp
Przyjdź, dziś!
Oto jest fali dolina sekundę przed gromem
Chwila ciszy po utworze
Przymrozek przed roztopem
Połóż się obok
bądź diabłem i aniołem
Bądź tym, kim jesteś

brajlem deszczu

Jak dobrze podnieść głowę wysoko do nieba
Pozwolić by deszcz pisał brajlem na mej twarzy
Chwile właśnie przeżyte i te, w które idę
Czerwień słońca pomieszać z księżycowym blaskiem
Nie pytać, nie wołać, nie pragnąć, nie musieć
Zamknąć oczy na wszystko co nie najważniejsze
Podnieść dłonie niepuste, aby się przelało
Dobro, szczęście i piękno… cichutko jak mysz

ciut, ciut za mało…

Tak samo zwilgotniały nam oczy kochany
Tak samo zadrżały ścichłe nagle usta
Myśl zagubiona nie chce wybiec w przyszłość
Kartka w kalendarzu taka jakaś pusta
Przewracać ją będziemy każdą cichą nocą
Tęsknota nam odpędzi i radość i sny
Serce głupie zaboli tak, jak jeszcze nigdy
Bo nie ma ciebie, mnie… jesteśmy My
I nic nie poradzę na to, że mi słońce
Świeci troszkę jakby do góry nogami
Że biegnę za tobą każdą słoną kroplą
Tęsknię, pragnę i czekam… maluję cię snami
I nic nie poradzisz na to, że choć w drodze
To jednak nie cały… serce tu zostało
I pragniesz mnie jak wody, jak ognia, jak cienia
A pamięć mego ciała to ciut, ciut za mało

… a ja piszę wiersz

Kochasz się ze mną, a ja piszę wiersz
Słowa są zaklęte w dotyku twych dłoni
Przebiegają po mnie niespiesznie, leniwie
Smugą światła pieszczą moje nagie ciało
Nasycasz mnie jak zawsze swym nienasyceniem
Zachłanność wcierasz w skórę, czujemy jak płonie
Zamykasz w kluczu ramion drżenie pożądania
I czekasz bezlitośnie na kolejne „proszę!”
A potem tylko cisza, i tylko spojrzenie
W głąb siebie i ciebie, w naszą niecodzienność
Potem tylko usta szukające drugich
Potem tylko miłość… a ja piszę wiersz

O tak!!!

Gdyby pójść przed siebie prosto jak najdalej!
Wstać, zrobić krok i drugi, nie zawrócić z drogi.
Dotknąć wody wiosłem i bezruch odepchnąć,
Popłynąć w nieznane, bo dusza nim tęskni…

Czemu serce wyrywam z cichej kiedyś piersi?
Czemu tęsknię i za czym? Czego mi brakuje?
O czymś ciągle marzę, ciągle coś przeczuwam…
Szarpię myśli, splątuję, wyrzucam bezmyślne.

Droga mi się marzy szeroka i barwna…
Pełna marzeń, co kiedyś uciekły z mej duszy.
Pełna wzruszeń niepierwszych, ale nie ostatnich
Taka moja, jedyna… jak ja niepodległa.

Malta

Na nowo odszukać co było, minęło
Przypomniec smak i zapach tamtych pierwszych wzruszeń
Poczuć w sobie pierwsze, niewinne kochanie
krąg zatoczyć pomimo wspólnej niepamięci

Stanać obok siebie i otworzyć okno
Wiosnę wpuścić śmiało w jesienne juź życie
Wypić jednych haustem, do dna, nasze zdrowie
Upić się tą chwilą tak, by nie mieć kaca

Zawirować w tańcu jak wtedy, tej nocy
W której gwiazd mniej bylo niż twych pocalunków
Nie poddać się myślom o tym co być mogło
Temu, co być może nie powiedziec – żegnaj.

zanim…

Tak… można poczuć dotyk zanim dłoń obecna
Można poczuć zapach, gdy kwiat jeszcze w pąkach
Oczy ubrać błękitem chociaż chmury ciemne
I karmić się owocem, który jeszcze kwitnie

Tak… zanim mnie dotkniesz płonie we mnie ogień
i biegnę do nieba zanim je otworzysz
wtulam się w ciebie jeszcze w oddaleniu
wiem co nadejdzie jeszcze długo zanim

krąg…

nie znikaj… prosisz
a mnie przecież nawet jeszcze nie ma
jeszcze nie wyszłam z morskiej piany
jeszcze nie poczułam smaku pocałunku

zamknijmy krąg.. prosisz
a ja ciągle chodzę do góry nogami
jeszcze nie wiem, gdzie północ
choć wschód już mnie zagarnia

więc nie proś! bierz!

dusza bliźniaczka

Rośnie we mnie od dawna
niepodległa dusza
wolna od kochania
wolna od pragnienia
taka niesamotna.
Mądrzejsza o jutro
bo nie ma pamięci
i stąd wszechwiedząca
Wie, że droga nie taka
że serce za głupie
że wiara zbyt naiwna
a nogi poplątane i ręce znów puste.
Tak do mnie podobna
jak siostra bliżniaczka
Tylko ja mam serce a ona rosądek

Dojrzewanie

Rozpiąłeś mnie z siebie jak z mokrego płaszcza
Zdjęłam z ciebie maskę jak kurtkę puchową
Stanęliśmy nadzy przed sobą, zdziwieni
Że ciała mamy piękne i dusze bogate

Trzymając się za ręce ruszyliśmy w drogę
Słońce w naszych oczach topiło swój blask
Niebo nam się kładło prawie pod stopami
Więc szliśmy do przodu, codziennie na nowo

Ty z uporem pytasz: dlaczego tak późno?
Dlaczego pod górę i ciągle pod wiatr
Dlaczego musieliśmy wypić ogień z wodą
skosztować rozpaczy, by dotrzeć do Teraz

Ja ci odpowiadam, że czas musiał dojrzeć
i musiał dorosnąć do naszego My
By spełnić marzenia, z których wyrośliśmy
By udźwignąć wszystko, co trzymamy w dłoniach

Pytałam…

Pytałam życia: gdzie znajdę człowieka
Z głową pełną wiatru i ze słońcem w oczach
Takiego, co kroczy z podniesioną głową
Wypatrując miejsca, gdzie wszystko się spełnia

Pytałam losu: gdzie znajdę codzienność
Taką pełną słońca, leciutką jak piórko
Taką zasłuchaną w okruchy historii
Taką otwartą na wchodzące jutro

I mnie zapytano: A dlaczego szukasz?
Czemu ci nie starczy, jak innym, przeciętność?
Czemu rzucasz kłody na swej własnej drodze?
Granice wyznaczasz? – by je przeskakiwać!!!

Na twoje urodziny…

W prezencie ci oddam piegi niepoprawne
by twarz twą ozdobiły okruchami słońca
Dam ci zmarszczki serdeczne, te w kącikach oczu
by przyniosły uśmiech od ucha do ucha

Kokardą zawiążę serce zwariowane
niech bije radośnie w rytm walca „na trzy”
wystroję też odświętnie ramiona otwarte
byś zechciał się przytulic i być chciał w nich zostać

W prezencie dam ci myśli, te nieuczesane
otoczą cię pragnieniem, tęksnotą i siłą
zapakuję wspomnienia w pudełko po ciastkach
by pachniały cieplutko i słodko jak one

Na ustach ci zawisnę jednym pocałunkiem
dotknę delikatnie by płomień rozpalić
oplotę cię miłością jak koncertem życzeń
by wybrzmiała w ciszy do ostatniej nuty

Wszystkiego najlepszego Kochany…
trwaj dzisiaj cały we wczoraj!

Tęsknota…

Zasnuło mi się serce, jak niebo chmurami
Smutek wylał się z niego, jak wiosenna rzeka
Otulam się mgłą tęsknoty, by w ciszę odpłynąć
Przed deszczem łez się schronić pod jej parasolem

Tak byłoby spokojnie, nijako i szaro
Tak trochę mniej boleśnie i trochę mniej trudno
Lecz ona wcale nie chce być bandażem duszy
Skrzydła dziś jej wyrosły i leci za tobą

I goni twoje myśli, łapie twoją duszę
Z ust wchłania oddech miarowy, spokojny
Dotyka serca piórem i łaskocze z lekka
Wywołany uśmiech zjada na śniadanie

Cholerna tęsknota do oczu się wciska
W moich błyszczy łzami w twoich pali gwiazdy
Taka nieposłuszna jak ty, gdy twe ręce
Nie mogą nie dotykać zakamarków ciała

Niesforna tęsknota, ruda i zielona
Jak dzieciak nie potrafi usiedzieć na miejscu
Biegnie od myśli do myśli, maluje wspomnienia
Miłość z dusz nam wyciąga i most stawia sercom

Kompletnie oszalała, nie liczy się z niczym
Czym dla niej jest odległość, milczenie i pustka
Machnie tylko skrzydłem i… jesteś tuż obok
Chłoniesz usta ustami, ciało koisz ciałem.

Wtulam głowę w twe ramię i zamykam oczy
Czuję twój dotyk na rozgrzanej skórze
Dotykam dłonią twarzy, ty tulisz się do niej
Znów w sobie jesteśmy tak blisko, najbliżej

Więc niech leci, niech frunie, niech szybuje w górę
Niech strąca śmiechem deszcz na rzęsach uśpiony
Niech w nas rośnie, niech śpiewa, że to tylko chwila
Niech kartki z kalendarza zerwie wszystkie naraz

Rudowłosa….

Dziś w oczach miała gwiazdy
Jej uśmiech gasił słońce
I czułem swe pragnienie
I usta jej gorące….

W mej głowie cos wybuchło
Patrzyłem w nią jak w tęczę
Me serce, myśl, pragnienie
Od ust jej są gorętsze

Kobieto rudowłosa,
Co w tobie jest takiego?
Tobą pragnę, kocham i żyję
W tobie jest piekło moje i niebo

/Poddano cenzurze, nie usunięto nic/

Oni i kot…

Mężczyzna, kobieta i kot…
do szczęścia cóż trzeba więcej?
Może miłości okruszek
by czuli, że mają serce.

Kobieta, mężczyzna i kot…
do życia cóż trzeba więcej?
Może ufności iskierka
co splecie serca i ręce.

Mężczyna, kobieta i kot…
do wiersza cóż trzeba więcej?
Może nadziei drobinka
i już jest tak, jak w piosence

Kobieta, mężczyzna … gdzie kot?
wygrzewa się na progu nieba
Wtuleni w siebie, wtopieni
i … nic im więcej nie trzeba

Popatrzysz na mnie…

Kochanie, no po prostu nie mogłam nie wrócić do dzisiejszego spotkania…

Popatrzysz na mnie i czas się zatrzyma
Nie wypowiesz słowa, nie złapiesz oddechu
Czas stanie w miejscu, zatrzyma się życie
Rozum stanie dęba – zachwyt nim zakręci

Popatrzysz na mnie i słońce przygaśnie
Nie wypowiesz słowa, nie złapiesz oddechu
Serce bić zapomni, krew rozerwie tamy
Usta wyschną pragnieniem – nie do nasycenia

Popatrzysz na mnie i burza się zerwie
Nie wypowiesz słowa, nie złapiesz oddechu
Spełnienia zapragniesz a dłonie dotyku
Pożądanie wolę rozerwie na strzępy

Popatrzysz na mnie i ciało przeciągniesz
Nie wypowiesz słowa, nie złapiesz oddechu
Głowę lekko pochylisz, tak jak masz w zwyczaju
Miłość większą niż wszechświat zamkniesz w pocałunku.

„W uśmiechu ci do twarzy…”

Idę do ciebie ubrana w uśmiech
Mówiłeś przecież „w uśmiechu ci do twarzy”
Idę do ciebie ubrana w ciepłą nagość
Mówiłeś przecież „naga wyglądasz najpiękniej”

Stoję przed tobą ubrana w pragnienie
Mówiłeś przecież „tak pragnąć nikt nie umie”
Wpatruję się w ciebie nieskromnie, zachłannie
Mówiłeś przecież „chcę widzieć twą rozkosz”

Leżę przed tobą ubrana w oddanie
Mówiłeś przecież „jesteś cała moja”
Biorę sobie ciebie jak zwykle bezwstydnie
Mówiłeś przecież „jestem cały twój”

Otwieram ci siebie ubrana w niecierpliwość
Mówiłeś przecież „już pragnę być w tobie”
Oplatam cię nogami ubrana w twoje imię
Mówiłeś przecież „Kochanie, Gwiazdeczko!!!”

I zatapiamy się w sobie z rozmysłem, niespiesznie
I oddajemy się sobie każdym drobnym gestem
I jednoczą się nasze ciała, serca i oddechy
I wtulamy się w siebie wzajemną rozkoszą

W SENNEJ KRAINIE

W sennej krainie ktoś umieścił nas
W sennej krainie widzę Twoją twarz
W sennej krainie już nie dzieli nas nic
W sennej krainie mogę z Tobą być

Taniec na wietrze, rozrzucone szkła
Na ustach wino, mglista rzeka i park
Wschody, zachody – spektakl nocy i dnia
Dłonie przy dłoni i latarni szlak

Ile warte nasze sny?
Ile warte nasze dni?

W sennej krainie nie istnieje czas
W sennej krainie słyszę jak pięknie gra
W sennej krainie cała ziemia to raj
W sennej krainie tylko Ty i ja

Kiedy znowu wrócę tam
Gdzie nie mamy prócz siebie nic
Kto ma klucz do sennych bram
Otwórz je, chcę tam być

Otwórz je na zawsze już
Chcę Ją znowu blisko czuć
Otwórz je na zawsze już
Otwórz je, chcę Ją czuć

Ile warte nasze sny?
Ile warte nasze dni?

Znalezione w szufladzie

Tak daleko nam do siebie a bliżej niż blisko
zasnułam się tęsknotą jak mgłą nieprzejrzaną
nie umiem inaczej, tęskni we mnie wszystko
z Tobą w duszy zasypiam i budzę się rano

Zatrzymałam się w pół kroku ciągle idąc dalej
jestem znowu niepełna, gdzieś zgubiłam serce
zapatrzyłam się w pół oku, tylu ludzi wokół
sięgnęłam gdzieś po pustkę łapiąc cię za ręce

Joasia…

Czysta, posłuszna, uboga…
Cała ich, zupełnie nie swoja.
Tak po prostu odchodzi w niebyt
Jakby wiary wcale nie było,
Jakby żadnej nadziei nie czuła,
Jakby nagle skończyła się miłość.
Tak znienacka, do tyłu za bardzo.
Tak niechcący, tak mimochodem
Znika cała we mgle samotności.
Przeogromnej, nieznośnej, niechcianej.
Tak obecnej, że aż niemożliwej.
Zwykła, prosta, codzienna modlitwa
Nieobecna, więc bólu nie koi.
Gdyby choć jedna dłoń przy jej dłoni.
Gdyby serce choć jedno przytomne.
Gdyby oczy wnikliwie patrzące.
Gdyby kropla łzy na policzku…
Świt nie skończyłby się pełną strachu nocą!!!

kiedy zasnę spokojnie

A kiedy zasnę spokojnie
Ciebie po prostu nie będzie
Sen mój się prześni zwyczajnie…
Świt namaluje mi uśmiech…

A kiedy zasnę spokojnie
Ciebie już w sobie nie znajdę
Sen mój przyniesie nadzieję?
Świt klucz do jutra przyniesie?

A kiedy zasnę spokojnie
Ciebie po prostu zapomnę
Sen mój bez sensu, bez celu!
Świt nic nie znaczy, jest pusty!

płynę

Bovska – Pofalowani

Płynę, płynę z tobą po morzu, szybko mija czas
Choć szczęśliwi uciekamy wciąż mijamy nas
Posklejani kawałkami wspomnień nocy, dni
Zasklepieni w smudze cieni razem witamy świt

Statkiem wolno płynę z tobą w morzu łez
Flota nas usypia, fale budzą sens

Ja tylko Ciebie chcę, Ciebie chcę.
Ja z Tobą mogę biec, mogę biec
Przepłynę świata kres, świata kres,
bo ty uskrzydlasz mnie, kochasz mnie x2

Rozklejamy się w gęstwinie leśnych ścieżek, dróg
Wypaleni, zagubieni, w chłodnym rytmie stóp
Rozpaleni, w noc wpatrzeni, niebezpiecznie grzmi
Wciąż szukamy, nastawiamy kompas na dobre dni

Statkiem wolno płynę z tobą w morzu łez
Flota nas usypia, fale budzą sens

Ja tylko Ciebie chcę, Ciebie chcę
Ja z Tobą mogę biec, mogę biec
Przepłynę świata kres, świata kres,
bo ty uskrzydlasz mnie, kochasz mnie x3

Powrót

Tak powrócić jakby rozstania nie było
Tak zaufać by słowo nie płakało echem
Tak zrozumieć łzę jedną i ciszę zbyt małą
By zgłuszyć serce krzyczące samotnie

Tak zamknąć całe chcenie w twoich dłoniach
Tak schować swe pragnienie w twoich jasnych oczach
Tak utonąć w jednym, prostym pocałunku
Dostać wszystko i ciągle pragnąć dużo więcej!

Ani i Michałowi…

Gdy kochasz – nie patrz za siebie
Nie warto! To wszystko już było!!!
Codziennie rano wstań, przytul, pocałuj
Bo liczy się tylko ta zwyczajna miłość.
Taka od rury, awarii i prania
Taka od łez, że zupa za słona.
Świat cały właśnie zamknął się w Was…
Wasz świat to Ty – Mąż i Ty – Żona!

http://www.dreamstime.com/royalty-free-stock-photo-happy-cartoon-wedding-couple-image29681875

aż wręcz niemożliwie

Oparta o siebie chłonę zapach nocy
oddycham tęsknotą tak czystą jak łza
Oczy wpatrzone w niebo odnajdują ciebie
Cisza swoim skrzydłem przytula nasz czas
Wiatr studzi mi ciało pragnące spełnienia
Rozwiewa mi włosy w kolorach jesieni
Oparta o siebie i schowana w tobie
Zamykam mocno oczy, by widzieć wyraźniej
Pięknie jest, dobrze, aż wręcz niemożliwie!
Dusza się uśmiecha od ucha do ucha
Serce bije równo, w rytm walca raz… dwa… trzy!
Miłość znów przylazła i śmieje się w głos

14184493_1006343402796628_4894244020758612320_n

a ja jak kot….

UKRADŁAM!!!

Kot w pustym mieszkaniu
Umrzeć – tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.
Słychać kroki na schodach,
ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.
Coś się tu nie zaczyna
w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.
Do wszystkich szaf sie zajrzało.
Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.
Niech no on tylko wróci,
niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
O żadnych skoków pisków na początek!

/Wisława Szymborska/

Cudne to jest i basta!!!!!
I takie moje… oj chociaż raz lubię Szymborską!

…………………
Czy pomnisz dzień ten omamień bez trwogi,
W którym miłości rzuciłaś mi słowo?
A jam ci światy chciał rzucić pod nogi
I innym życiem natchnąć je na nowo,
Bom się tak uczuł wielki, dumny, silny,
Że chciałem nawet wskrzesić świat mogilny.

Jeżeli pomnisz dzień ten i wyrazy,
Które się lały wezbranym potokiem,
Wiedz, że wciąż do tej zielonej oazy
Wybiegam sercem i myślą, i wzrokiem;
U tego źródła, co tak żywo bije,
Jak gołąb pióra obmywam i piję…

A gdy się zdrojem tych wspomnień odświeżę,
A gdy upoję miłości tej wonią,
Znowu zaczynam kochać i znów wierzę,
Że zdołam jeszcze wzlecieć w niebo po nią,
I zapominam, com cierpiał i przeżył,
Bylebym jeszcze chwilę dłużej wierzył…

/A.Asnyk/

O niebie, piekle i marzeniach

Było sobie dziewczę płoche
Postrzelone może trochę.
Burza włosów ruda z lekka
W oczach nieba dwa i piekła
Gdy się śmiało to jaśniało
Gdy płakało to ciemniało
Ręce pełne darów miało
Pomagało jak umiało
Że co da – oddane będzie
Wciąż wierzyło – było w błędzie!
W pierwszym niebie było miło
Wszystko jedną prawdą żyło
W prawdzie tej znalazło siebie
Dobrze było mu w tym niebie
Lecz pewnego dnia gdy wstało
Miejsca w niebie już nie miało
Niepotrzebne więc nikomu
W świat ruszyło szukać domu
Doszło do innego nieba
I spytało czy nie trzeba
Kogoś kto ma światło w duszy
Kto i kamień z miejsca ruszy
W niebie miejsce jedno mieli
W niebie bardzo go pragnęli
Dziewczę niebu zaufało
Bo anioła tam spotkało
Jak spotkało – pokochało
W niebie szczęściem pojaśniało
Snuło jemu swe marzenie
On obiecał go spełnienie
Żyło w cieple kilka lat
Ze wszystkimi za pan brat
Potem z góry zadzwonili
Że potrzebne jest w tej chwili
Więc pobiegło tak jak stało
Bo inaczej nie umiało
Było tu i było tam
Anioł coraz bardziej sam
Anioł coraz bardziej zły
Wieszał na niej wszystkie psy
Było głupie, złe, niedbałe
I za grube i za małe
Było złe bo gdzieś się śmiało,
pracowało i myślało
A on chciał by tutaj było
Przy nim jadło, przy nim piło
Przy nim miało być i wszystko
Miało zawsze, wciąż być blisko
Miało całe być dla niego
Miało wyrzec się wszystkiego
Ale dziewczę nie umiało
Życia w życiu czuło mało
Chciało śpiewać, chciało tańczyć
I czuć zapach pomarańczy
I czuć wilgoć mgły o świcie
Bo kochało takie życie
Nie pomogły nic zaklęcia
Anioł nie chciał już dziewczęcia
Zrozpaczone, zapłakane
Znów zostało tak niechciane
Anioł spychał je powoli
W niebyt duszy, w niebyt woli
Chciało wytrwać, przetrwać piekło
Nie umiało więc… uciekło
W ogień skoczyć próbowało
Chciało zniknąć, zginąć chciało
Piekło choć je przytuliło
Smutku w nim nie utuliło
Wypaliło je do końca
Próżno by w nim szukać słońca
W tej krainie gdzie mrok włada
Znaleźć słońce – trudna sprawa
W piekle duszę pobrudziło
Już nie było słodkio miło
Jedna wielka niewiadoma
Nie kochanka i nie żona
I nie wierna przyjaciółka
W obce je stroili piórka
By nie dostrzegł nikt cierpienia
Na granicy żyło cienia
Pogrążało się w rozpaczy
Że już słońca nie zobaczy
Lecz to słońce je dojrzało
I to słońce je zechciało
Przyszło samo, nieproszone
Było ciepłe i szalone
Rozsypało wkrąg promienie
Oświetlając jego ziemię
Z cienia nic już nie zostało
dziewczę podnieść wzrok musiało
Gdy znów słońce zobaczyło
To już za nim wciąż tękniło
W piekle zostać już nie chciało
I uciekło, tak jak stało
Więc powoli, krok za krokiem
Dzień za dniem i rok za rokiem
Budowało sobie coś
W jego życiu znów był Ktoś
Brakowało mu wszystkiego
Znów przez piekło szło i niebo
Piekło – bo wciąż niestrudzenie
Harowało na istnienie
Niebo – tak, bo marzenia
Doczekały się spełnienia
Szło do przodu, upadało
znów wstawało, próbowało
Bo tuż obok niego Wszystko
Więc choć drogą wyboistą
To jest coraz bliżej nieba
I to ma, co mu potrzeba
Aby szczęściem znów jaśniało
Aby się radośnie śmiało
Teraz w przeszłośc już nie zerka
Za to zerka do lusterka
Widzi tam … nie – nie zgadniecie
Najpiękniejszą rzecz na świecie
Oczy pełne ciepłej wiosny
I ten promyk, ten radosny
W oczach tych jest tyle mocy
Nie ma w nich już żadnej nocy
Której kiedyś było wbród
Taki w nim się spełnił cud!
Czas na morał, wielki czas
I niech spełni on się w was:
W każdym z nas marzenia siedzą
Lecz nie wszyscy to już wiedzą
Że to właśnie dla nich warto
Grać o wszystko życia kartą
Warto dla nich walczyć, ginąć
Warto się z rozumem minąć
Bez nich bowiem nie ma nic
Bez nich jest nie warto żyć
Więc do dzieła, moi mili
Marzcie w każdej życia chwili
I trzymajcie się marzenia
Dążcie wprost do ich spełnienia.