Powroty

Jak powitać miłość dawno niewidzianą
Dawno nie obecną na mej mapie wzruszeń
Jak czekać na dotyk znowu taki pierwszy
Jakby innych miliony nigdy się nie działy
Jak nadgonić słowa niewypowiedziane
Z których każde chce być tym ważnym, najpierwszym
Jak rozbudzić naraz wszystkie czułe miejsca
Pragnienie tak stęsknione zamknąć w pocałunku
Jak radość odszukać w makijażu smutku
Uwierzyć, że czas znowu dogonił normalność
Serce wtulić w serce, oczom oddać oczy
Dłonie ubrać w dłonie i już tylko być!

Niesamotność…

To nie takie proste zakochać się w tobie
Powiesić swoje teraz do góry nogami
Nie czekać a tęsknić
Nie wiedzieć a przeczuć
Nie ufać a mieć wiarę
Miłość zawsze się pisze od ostatniej kropki

Więc po prostu bądź
Więc po prostu patrz
Więc po prostu czuj
Z jednej chwili wzruszeń
Utkaj całe życie
Czułością jak bandażem
Otul każdą ranę

To nie takie proste starzeć się przy tobie
Siwe włosy widzieć zawsze kruczoczarno
Dotknąć dłonią zmarszczki
Poczuć skóry gładkość
W każdym dniu od nowa
Namalować jutro zanurzone w tęczy

Więc po prostu bądź
Więc po prostu patrz
Więc po prostu czuj
Z każdego wspomnienia
Zbuduj niesamotność
Radością tak jak szalem
Otul pożegnanie

Nie przebaczę…

Śmiechu, który pragnie tak pięknie się śmiać
Nie przebaczę
Radości, która chce malować nam twarz
Nie przebaczę
Wędrówki naszych nóg prosto w stronę słońca
Nie przebaczę
Snów, które nie wyśnią się nam aż do końca
Nie przebaczę
Piękna, które zostanie tylko w sercu i w głowie
Nie przebaczę
Nocy przespanych znowu nie przy sobie
Nie przebaczę
Zwątpienia w jutro, co nadejść przecież i tak musi
Nie przebaczę
Bylejakości, która znów tak kusi
Nie przebaczę
Zwątpienia, strachu, żalu za tym co odchodzi
Nie przebaczę
Tej samotności, co w sercu się rodzi
Nie przebaczę
Życie jest przecież ciągle dla nas i przed nami
Uda się nam wszystko… skoro tak kochamy.

Zachłanność…

Sięgając po wymarzone,
już chcemy czegoś więcej
Nie ważne, czy to cukierek
Czy żywe ludzkie serce
Stawiając krok na wierzchołku
Myślimy o wyższej górze
Nie cieszą nas już stokrotki
Bo zapachniały nam róże
Niebo niebieści nam oczy
trosk jakby mniej trochę było
A my szukamy szczęścia
Tam gdzie nas jeszcze nie było
Myślimy, że to co najlepsze
Ciągle jest jeszcze przed nami
Więc goniąc to jutro lepsze
Dzisiaj depczemy butami
Innym jest zawsze łatwiej
Innym się życie układa
Dla nas jest ciągle pod górę
Dla nich to wieczna zabawa
A przecież słońce tak samo
Zagląda nam wszystkim w oczy
A gdy się schowa za chmury
Deszcz jednakowo nas moczy
Więc może czas by dorosnąć
I spojrzeć na siebie z boku
Swe życie uszyć na miarę
Zaprosić do niego spokój
Wszak zegar czas odmierza
Dla wszystkich jednakowo
i każdy dzień jest okazją
by stwarzać świat swój na nowo
I właśnie tej prostej prawdy
Trzymajmy się pazurami
Za nasze szczęście i życie
Odpowiadamy sami

Magdzia… mam nadzieję, że odpowiedziałam tymi rymami na twoje pytanie i podsumowałam nasze rozważania… oceń sama!

Modlitwa dla….

Nie klękam przed tobą, nie pochylam głowy
A jednak gadam z tobą znowu całkiem szczerze.
Serce mam mocno rozumem podszyte
i wiesz najlepiej, że w ciebie nie wierzę.
To moje życie trochę do poprawki,
Sypnij więc obficiej rozwagą, spokojem.
Poodnajduj klocki, które pogubiłem
Bym poczuł, że to życie naprawdę jest moje.
Bym wziął się do galopu, ruszył z miejsca skałę,
Bym zakamarki serca przed zimą przewietrzył.
Bym nie marnował żadnej szpakowatej chwili
Bym nie był tym ostatnim, ale znowu pierwszym.
Daj siłę i cierpliwość do siebie samego
I kopnij czasem w to najczulsze miejsce,
bym boleśnie odczuł, że tak być nie może
Kiedy mi się znowu totalnie nic nie chce.
I zostaw mi tę miłość, która odnalazłem
Tę, co przy mnie stoi dniem i nocą ciemną.
To o nią błagałem cię kiedyś pod drzewem
I w końcu nadeszła, i w końcu jest ze mną.
Pozwól mi się cieszyć jej ciepłem i ciszą.
Pozwól mi zakończyć tę życia dwoistość.
Obraz z pod mych powiek niech ciałem się stanie,
A pamięć dotyku zamień w rzeczywistość.

Przeplataniec

Jeszcze nie wyszedłeś, a już tęsknię sobie
/Jesień barw paletą przeobraża liście /
Dzisiaj wciąż się dzieje – ja jutro mam w głowie
/Wilgotno jest, mokro, mgliście i srebrzyście/

Zwariowane serce nie chce cicho siedzieć
/Kłębią się bure chmury, krople noszą w sobie/
O wszystkim co czuje chce ci opowiedzieć
/Komu, jak nie jesieni, o smutkach opowiem/

To, co takie ważne, że na baczność stoi
/Mówi, że się martwię, smucę niepotrzebnie/
I to, co się śmiechu ludzkiego nie boi
/Wszystkie barwy szczęścia ukryte są we mnie/

Cóż, to moje serce zielono ma w głowie
/Wszystko mi się złoci, wszystko wzwyż mnie niesie/
I równiutko stuka puka jednie przy tobie
/Takie czary we mnie znów wyprawia jesień/

Jesiennie…

Rano, jak zwykle nie mogłam spać. Ty zanurzony byłes jeszcze we śnie, gdy ja już dotykałam nowego dnia.
Poszłam na spacer, zwabiła mnie mgła. Było tak pięknie, spokojnie i nierealnie…
Napisałam wiersz siedząc w lesie na kamieniu…
Garść myśli snujących się we mnie na podobieństwo tej mgły
I tak sobie pomyślałam, że mam za co być wdzięczna życiu, sobie i tobie.
Wdzięczna za to, że od tamtej mgły, w której zanurzałam się przed laty nie zostało nic. Zupełnie nic!
Jesień przyszła – i jest taka kolorowa!!!!

Białe nitki mgły się snują bladym switem
Tak ulotne, jak wspomnienia naszych wzruszeń
Troszkę mokre, troszkę chłodne, niepokorne
Niezależne od niczego poza czasem
Romantyczność znowu rankiem zawładnęła
Wchodzę w mgłę niewidkę, cała jestem ciszą
Dłoń wyciągam, chwytam nitkę i nawijam
Swoje życie, swoje niebo, swoje piekło
Plotę potem, splot za splotem, życia kilim
Taki trochę niecodzienny, pełen ciepła
Taki mądry tym co było, ufny jutrem
Wielobarwny, wieloznaczny, wyjątkowy.
Ludzie mówią: „mgła i plucha – jesień przyszła”
Ludzie boją się przymrozków, zimna lodu
A ja widzę czerwień serca, zieleń wiary
A ja czuję ciepło ognia, spokój wody.
Tak, ja lubię, gdy deszcz pada już od rana
Gdy po szybie kropla goni inne krople
Staję w oknie uśmiechnięta i szczęśliwa
Tyle słońca jest w mym deszczu… więc nie zmoknę!

Ślimak

Schowam się do skorupy
Rogi splotę w warkocz
Ser jest zdecydowanie przereklamowany!
Może wolno się snują wszystkie moje chcenia,
Może stopy wciąż w miejscu i niezmiennie suche,
Lecz moje myśli stoją tam… na drugim brzegu
Stąpam po marzeniach, wspinam się po snach
Coś ciągle we mnie rośnie, takie niedostępne.
Czas puścić wolno wszystkie złudzeń baloniki,
rzucić w końcu wszystko, co takie niezbędne,
Zetrzeć z oczu łzę żalu, plastrem skleić serce.
Odwrócić się do siebie, przebić się przez mgłę…
Wyrosnąć ponad życie dla mnie napisane.

Poranek

Słońce ledwo jedno otworzyło oko
i świat mi zapłonął leciutką jesienią
Diamentami rosy pomalował trawę
Na drzewach zawiesił delikatne cienie
Powietrze jeszcze pełne chłodu nocy,
Ulice nadal wtulone są w ciszę
Promień słońca spadł na moją głowę
Na nosie mi piegi rozświetlił i uśmiech
Szpilki zastukały na pustej ulicy
Obudziły echo pomiędzy domami
Gawron na latarni wyprostował skrzydła
Przeciągnął się z lekka, poszybował w górę
Idąc prosto w słońce porządkuję myśli
Niesforne upycham, by nie rozrabiały
Radosnym pozwalam rozgościć się w sercu
Ciekawskim otwieram okienko na świat
Taka letniojesienna wchodzę w dzisiejszość
Sny prześnione tak pięknie zbieram do szuflady
Kartkę czystą szykuję na zwyczajne szczęście
Zapiszę je jak zawsze zieloną nadzieją

tak jest dobrze…

Co ci takiego zrobiłam kochany?
Dotknęłam duszy delikatnie dłonią
Przytuliłam do swojej by poczuła ciepło
I rozkosz rozlałam – niech kapie ci szczęściem

Pomięta pościel, niemy świadek chwili
Gdy przekroczyłam kolejną granicę
Sięgnęłam po ciebie, by poczuć, by widzieć
Jak odkrywasz na nowo, co tak dobrze znane

Kochałam cie z szaleństwem wpisanym w rozstanie
Kochałeś mnie tak tkliwie, tak się zatraciłeś
Czułoś niosła bliskość, a bliskość rozkoszą
Malowała nam w głowach tęczę roześmianą

Tak właśnie jest dobrze, tak żyć się powinno
Poza siebie patrząc, a może w głąb siebie
Gram melodię, którą tworzy twoje serce
Ty nucisz to wszystko, co skrywam w swej duszy

Wszystko w tej melodii życia jest wpisane,
radość tej jedności i smutek rozstania
Tak jest dobrze, tak właśnie kochac sie powinno
aby ciało odeszło a dusza została

… jak w piosence!

Każdy ma swoją Bracką, na której deszcz pada
Skaczę po kałużach, cóż – jestem szalona
Tyle słońca w całym mieście, tylko popatrz
Chodzą ulicami ludzie i ja… rozmarzona

Sny w naszym mieście ponoć najpiękniejsze
Budzikom, zegarom więc śmierć do południa
Autobusy nie czerwienią a złotem migają,
Lecz na rynku jak zawsze Rebeka i studnia

Małe mieszkanko gdzieś na Mariensztacie
A może jednak Żoliborz, bo tonie w zieleni
Podzielimy wszystko pół na pół, uczciwie
I będziemy tacy w słońce zapatrzeni

Więc chodź, pomaluj mój świat
Niech jesień bez ciebie nie przyjdzie w tym roku
Ludziom dajmy najlepsze, a wtedy i nam
Pastorałka biała ześle święty spokój

… nie zapomnisz!

Chodź ze mną na spacer
O brzasku poranka, o księżyca blasku
I nie martw się… zapomnisz
Całuj mnie namiętnie i czule
Na dzień dobry całuj i na noc bezsenną
I nie martw się… zapomnisz
Wtulaj się we mnie spokojnie
Ciesz się ciepłem i ciszą moich ramion
I nie martw się… zapomnisz
Ale nie tańcz ze mną kwadrans po północy
Nie zawiruj w walcu, tangiem nie zapragnij,
Nie poczuj mego rytmu i mego oddechu
Ale nie kochaj mnie gorąco w zapomnieniu
Nie smakuj mego ciała, nie wchłaniaj zapachu
Nie syć się mym jękiem, wygięciem, rozkoszą
Bo choćbyś nawet odszedł daleko, najdalej
Bo choćbyś nie obejrzał się już nigdy wstecz
Moje ciało i taniec będą w tobie zawsze
I martw się… bo nie zapomnisz!

Wystarczy

Wystarczy znaleźć swój wiatr
Na chwilę stanąć w miejscu i rozłożyć skrzydła
Zaufać jego sile i uwolnić myśli
Poddać się wyzwaniu i sięgnąć przed siebie

Wystarczy znaleźć swój deszcz
Na chwilę stanąć w miejscu i nadstawić dłonie
Napełnić je kroplami nienazwanych pragnień
Zaczerpnąć z niego moc ożywiania ziarna

Wystarczy znaleźć swój czas
Na chwilę stanąć w miejscu i zatoczyć koło
Wszystko się zaczyna tam, gdzie się skończyło
I wiara i miłość i ufność i blask

Wystarczy tylko zacząć wreszcie szukać
Na chwilę tylko stanąć, nie na wieczność całą
Nie czekać więc, nie liczyć, zrobić krok przed siebie
Wyrzucić w kąt obawy i wznieść się nad siebie

Większa niż marzenia

Zanurzamy się w sobie powoli, po cichu
Oczy mamy zdziwione, że znowu aż tak
Jakoś tak nam do siebie jest blisko, najbliżej
Śmiejemy się radośnie spleceni, wtuleni
Dotykasz mnie od środka, tulisz moją duszę
Ogarniam cię miękkością, otulam rozkoszą
Wspólne mamy dłonie i usta nabrzmiałe
Ciała dawno temu stopiły się w jedność
Nieprzytomne oczy i świadome dusze
To nam się zdarzyło to co nienazwane
Dzisiaj, jutro, zawsze! Zwyczajna i prosta
Miłość nasza nasze przerosła marzenia

Muzyką jestem..

Muzyką wiatru na wantach jestem
Bzyczeniem pszczoły w pełnym miodu ulu
Trzepotem skrzydeł motylich nad łąką
Szeptem strumienia w skalistym wąwozie
Wszystko mi gra w duszy – i kamień i drzewo
Muzyką pełną słońca podszytą mam skórę
Biegnę przez to życie pięciolinią wzruszeń
Bukiet ozdobników układam w wazonie
Więc jeśli pragniesz zasypiać tuż przy mnie
Złap sercem oddech miasta, jego szum i rytmy
Na partyturze zapisz codzienne zdarzenia
Kochaj tylko dur a płacz tylko w moll
Pocałunek niech będzie jak klucz wiolinowy
Od niego przecież wszystko się zaczęło
W tamtym takcie życie zatańczyło walca
Więc wpisałam pauzę i niech trwa na zawsze

Wodo moja…

Dotknęłam ciebie lecz dłonie pozostały puste
Tylko mokre oczy i usta zdziwione
Rzeko moja, głęboka jak błyszczące oczy
Wodo moja, szeroka jak radosny uśmiech
Wczepiona w twój nurt płynę coraz głębiej
Życie mija szybko, jutro goni wczoraj
Przepływam przez skały, spienione zmartwieniem
I zwalniam na mieliznach rozjaśnionych słońcem
Gdzie koniec mojej drogi, dokąd rzeko zmierzam?
Dokąd mnie prowadzisz zadziorna i dzika?
I co na mnie czeka gdy w końcu dopłynę?
Nie wiem, nie chcę wiedzieć, przeczuwam odpowiedź
Szczęście tak jak rzeka rozleje się morzem

ściana

Stoję przed przed ścianą obojętności
Jest wodo i termo odporna
Nie tykają jej łzy samotne
ani serce gorące
Nie kruszy jej troska serdeczna
nie rozwala żadna dobra myśl
I tylko dwa wyjścia
zawrócić z poobijanym sercem
obejść i iść dalej z obolałą głową
… a deszcz za oknem pada ciągle tak samo

Najpiękniej…

Kocham Cię… wyciągam do ciebie rękę
Kochasz mnie… zanurzasz dłoń w moich włosach
Pragnę Cię… rysuję palcem na twoim ciele
Pragniesz mnie… dotykasz delikatnie mojej twarzy
Wołam cię… wyginam ciało, by zniknęło w tobie
Przychodzisz do mnie… koło się zamyka i toczy najpiękniej

Koncentrat

Skoncentrowałam się chyba cokolwiek za bardzo
Zakręciłam sercem tworząc cuda-wianki
Zagubiłam twą drogę, byś nową odnalazł
Pokazałam słońce odbite w kałuży
Czas zagubił wskazówki i stanął jak wryty
Tego jeszcze nie widział, choć stary jak świat
Więc nie pytaj mnie „jak” i nie pytaj „czemu”
Wszystko w tobie ukryte… i piekło i raj!

Kochanie… nie mogłam..!
Po prostu nie mogłam nie zamknąc dzisiejszego naszego dnia inaczej, niż fontanną pełną koncentratu…
Wiem, starczy nam tematu do rozmów na kolejne miesiące…
To nasza przyszłość, którą tak pięknie piszesz sprawia, że dzieją się takie cuda!
A więc.. znowu …. TWOJA WINA !!!
:) :) :)

Fontanna

Jestem fontanną, do której wrzuciłeś swój grosik.
Nie ten złoty, błyszczący jak słońce w południe,
Lecz ten wdowi, miedziany, ostatni, bezcenny
…I spełniłam marzenie stare jak twój świat.
To dlatego wracasz nigdy nie odchodząc.
Pragniesz, chociaż wypełniam całą twoją pustkę.
Ciągle tęsknisz, choć jestem twoją codziennością.
I stajesz się sobą w milczeniu rozkoszy.

Jedna chwila

Usta spuchnięte od twych pocałunków…
Tego trzeba było by wznieść się nad czasem!
On już jest niegroźny, bo pustki nie niesie
Wszystko takie samo a przecież jak nowe
Dłonie takie ciężkie od dotyku ciała
Oczy pełne oczu i pełne zdziwienia
Jedna chwila, a wszytko w niej właśnie zamknięte
ty i ja, i czas i miłość i szczęście

Gotowa na grom

Burza przyszła nieproszona
Pochyliła moje niebo
Zatrzęsła moją ziemią
Potargała moje gałęzie
Rozpłakała moje myśli
Zagrzmiało…
Ale ja już nie taka
Ale ja już wyrosłam
Przyginam się do ziemi piorunem
I wstaję ku niebu tęczą
A gdy nadejdzie kolejna burza
Jestem jeszcze silniejsza
Jeszcze bardziej giętka
I gotowa na grom

Jak makiem zasiał

Noc w głowie makiem zasiała pragnienia
Chodź, połóż się przy mnie – ciemność nie ma granic
Kwiaty pachną czujesz? I wszystkie srebrzyste
Ukradły blask księżyca, dlatego się schował
Wyciągnij dłoń i zobacz czy zostanie pusta
Nie wiesz czy polecisz póki siedzisz w gnieździe
Wolność słono kosztuje i łzy też są słone
Spokój łudzi wygodą, choć ciasny jak klatka
Nie wszystko jest takie, jakim być by chciało
Zapatrz się w tę ciemność, wcale nie jest czarna
Tętni kolorami, głosami, zapachem
Bogatsza niż widać, tylko trzeba milczeć
Trzeba trwać w bezruchu, aby poznać duszę

Kim jesteś…

Jestem wierszykiem na stronie, gdzie zmieści się i drugi
Dziel ze mną białą kratę szeroką jak śnieżne pole
Nienaznaczone niczym prócz ptasich stóp
Przyjdź, dziś!
Oto jest fali dolina sekundę przed gromem
Chwila ciszy po utworze
Przymrozek przed roztopem
Połóż się obok
bądź diabłem i aniołem
Bądź tym, kim jesteś

brajlem deszczu

Jak dobrze podnieść głowę wysoko do nieba
Pozwolić by deszcz pisał brajlem na mej twarzy
Chwile właśnie przeżyte i te, w które idę
Czerwień słońca pomieszać z księżycowym blaskiem
Nie pytać, nie wołać, nie pragnąć, nie musieć
Zamknąć oczy na wszystko co nie najważniejsze
Podnieść dłonie niepuste, aby się przelało
Dobro, szczęście i piękno… cichutko jak mysz

ciut, ciut za mało…

Tak samo zwilgotniały nam oczy kochany
Tak samo zadrżały ścichłe nagle usta
Myśl zagubiona nie chce wybiec w przyszłość
Kartka w kalendarzu taka jakaś pusta
Przewracać ją będziemy każdą cichą nocą
Tęsknota nam odpędzi i radość i sny
Serce głupie zaboli tak, jak jeszcze nigdy
Bo nie ma ciebie, mnie… jesteśmy My
I nic nie poradzę na to, że mi słońce
Świeci troszkę jakby do góry nogami
Że biegnę za tobą każdą słoną kroplą
Tęsknię, pragnę i czekam… maluję cię snami
I nic nie poradzisz na to, że choć w drodze
To jednak nie cały… serce tu zostało
I pragniesz mnie jak wody, jak ognia, jak cienia
A pamięć mego ciała to ciut, ciut za mało

… a ja piszę wiersz

Kochasz się ze mną, a ja piszę wiersz
Słowa są zaklęte w dotyku twych dłoni
Przebiegają po mnie niespiesznie, leniwie
Smugą światła pieszczą moje nagie ciało
Nasycasz mnie jak zawsze swym nienasyceniem
Zachłanność wcierasz w skórę, czujemy jak płonie
Zamykasz w kluczu ramion drżenie pożądania
I czekasz bezlitośnie na kolejne „proszę!”
A potem tylko cisza, i tylko spojrzenie
W głąb siebie i ciebie, w naszą niecodzienność
Potem tylko usta szukające drugich
Potem tylko miłość… a ja piszę wiersz

O tak!!!

Gdyby pójść przed siebie prosto jak najdalej!
Wstać, zrobić krok i drugi, nie zawrócić z drogi.
Dotknąć wody wiosłem i bezruch odepchnąć,
Popłynąć w nieznane, bo dusza nim tęskni…

Czemu serce wyrywam z cichej kiedyś piersi?
Czemu tęsknię i za czym? Czego mi brakuje?
O czymś ciągle marzę, ciągle coś przeczuwam…
Szarpię myśli, splątuję, wyrzucam bezmyślne.

Droga mi się marzy szeroka i barwna…
Pełna marzeń, co kiedyś uciekły z mej duszy.
Pełna wzruszeń niepierwszych, ale nie ostatnich
Taka moja, jedyna… jak ja niepodległa.

Malta

Na nowo odszukać co było, minęło
Przypomniec smak i zapach tamtych pierwszych wzruszeń
Poczuć w sobie pierwsze, niewinne kochanie
krąg zatoczyć pomimo wspólnej niepamięci

Stanać obok siebie i otworzyć okno
Wiosnę wpuścić śmiało w jesienne juź życie
Wypić jednych haustem, do dna, nasze zdrowie
Upić się tą chwilą tak, by nie mieć kaca

Zawirować w tańcu jak wtedy, tej nocy
W której gwiazd mniej bylo niż twych pocalunków
Nie poddać się myślom o tym co być mogło
Temu, co być może nie powiedziec – żegnaj.